Jestem szczęściarą - mówi Iwona Socha
Iwona Socha - sopran fot. Ewa Miketa

Jestem szczęściarą - mówi Iwona Socha

        Proponuję Państwu spotkanie z Iwoną Sochą – znakomitą sopranistką, solistką Opery Krakowskiej, której występy wzbudzają podziw melomanów i uznanie krytyków. Natura obdarowała Artystkę szczodrze nie tylko pięknym głosem, ale także urodą i niezwykłą osobowością. Może czytając ten wywiad poznają, Państwo również sekret znakomitego kontaktu Iwony Sochy z publicznością?

        Zofia Stopińska: Niedawno przeczytałam Pani notkę na stronie internetowej, z której wynikało, że wszystko, co związane jest z Pani edukacją muzyczną w zakresie śpiewu, zaczęło się na Śląsku i pomyślałam, że muszę Panią zapytać, czy to prawda.

        Iwona Socha: Nie, wszystko, co związane jest ze śpiewem, rozpoczęło się tak naprawdę w Tarnowie. Jako młoda dziewczyna tańczyłam w Zespole Pieśni i Tańca „Sobótka”. Oprócz tańca były także lekcje śpiewu, podczas których śpiewałyśmy białymi głosami. Tam tak naprawdę pierwszy raz zetknęłam się z folklorem.

        Czy marzyła już Pani wówczas o śpiewie?

        - Jeszcze nie, to wszystko zaczęło się trochę później. Będąc kiedyś na wycieczce w Krakowie z moją matką chrzestną, weszłyśmy do sklepu muzycznego przy ul. Floriańskiej i nie wiem dlaczego, sięgnęłam po kasety z nagraniami „The Best of Verdi” i „The Best of Puccini”. Ciocia kupiła mi kasety, a ja zasłuchiwałam się tą muzyką bez przerwy w domu. Wkrótce znałam doskonale na pamięć wszystkie utwory. Pamiętam, że wśród wykonawców była Miriam Gauci, zachwycił mnie jej piękny głos. Nie znając jeszcze wtedy dobrze nut, śpiewałam partie Liu, Mimi i inne – wszystko ze słuchu. Okazało się, że mój głos nadaje się do dalszego kształcenia i dość szybko rozpoczęłam naukę na Wydziale Wokalno-Aktorskim w Akademii Muzycznej w Katowicach w klasie śpiewu prof. Jana Ballarina.

        Uśmiechnęła się Pani ciepło, mówiąc te słowa.

        - Uśmiech pojawia się na mej twarzy, bo jest to bardzo ciepły i miły człowiek. Pięć fantastycznych lat spędziłam w Akademii Muzycznej, studiując u prof. Jana Ballarina. Będąc na trzecim roku studiów, rozpoczęłam już występy w filharmoniach. Pamiętam, że pani prof. Michalina Growiec, która była wówczas dziekanem, za dobrze zaśpiewany egzamin zaproponowała mi występ w „Paukenmesse” Józefa Haydna w Filharmonii Śląskiej pod batutą Dyrektora Mirosława Jacka Błaszczyka i pamiętam do dziś, jak moi koledzy, którzy śpiewali w chórze, edukowali mnie, jak mam zachować się po wyjściu na scenę – musisz się ukłonić publiczności i w stronę chóru, podać rękę koncertmistrzowi i przywitać się z dyrygentem. Muzycznie byłam równie dobrze przygotowana . To był nie tylko debiut na scenie filharmonicznej, ale również początek wspaniałej współpracy z Mirosławem Jackiem Błaszczykiem – pod jego batutą zaśpiewałam najwięcej dzieł oratoryjno-kantatowych w życiu. Trudno mi wyliczyć tytuły wszystkich dzieł, które wykonałam z Filharmonią Śląską, wystąpiłam m.in. w „Requiem” Mozarta, „Stabat Mater” Szymanowskiego, „Mesjaszu” Haëndla, „Eliaszu” Mendelssohna, „Stworzeniu Świata” Haydna i wielu innych dziełach, a oprócz tego występowałam w koncertach, licznych galach operowych.

        W repertuarze ma Pani ponad 30 partii oratoryjno-kantatowych, jeszcze więcej partii operowych i operetkowych.

        - Owszem, ale to właśnie repertuar filharmoniczny trzyma mnie w czystości i higienie wokalnej. W operze mówimy, że Mozart dyscyplinuje, a ja jeszcze dodam Bach, Haëndel, Haydn w repertuarze oratoryjno - kantatowym. Wykonywanie tego rodzaju muzyki jest dla mnie szczególnie ważne i mam to szczęście, iż często jestem zapraszana do występów w takim właśnie repertuarze. Natomiast w operze potrzebna jest olbrzymia kondycja i warsztat. Opera jest wymagająca pod wieloma względami. Nie wyobrażam sobie swojego życia bez opery.

        Ma pani w repertuarze liczne utwory liryki wokalnej i chcę zapytać, jak się Pani czuje, wykonując recitale. Kilka lat temu wybitny śpiewak Andrzej Dobber po wykonaniu recitalu stwierdził, że wolałby zaśpiewać kilka spektakli, podczas których od publiczności dzieli go kanał orkiestrowy, występuje w kostiumie i najczęściej jest na scenie razem z innymi solistami, natomiast podczas recitalu, na scenie, jest tylko śpiewak i towarzyszący mu pianista.

        - Dzisiaj podczas koncertu mówiłam do moich kolegów podobnie, wolałabym zaśpiewać cztery razy „Cyganerię” Pucciniego, aniżeli kameralnie, tylko z pianistą, arię Roksany Karola Szymanowskiego, lub cykl pieśni Romana Palestra. Z różnych powodów recital dla wokalisty jest bardzo trudny i podpisuję się pod tym, co powiedział maestro Dobber.

        Nie tak dawno otrzymała Pani bardzo ważne i prestiżowe nagrody, bo w 2013 roku zdobyła Pani laur Najlepszej Śpiewaczki Operowej w ramach ogólnopolskiej Teatralnej Nagrody Muzycznej im. Jana Kiepury, to duże wyróżnienie.

        - Owszem, to duże wyróżnienie dlatego, że wówczas w kategorii męskiej otrzymał to wyróżnienie znakomity Mariusz Kwiecień, z którym miałam możliwość i ogromną przyjemność śpiewać partie Zuzanny w operze „Wesele Figara” Wolfganga Amadeusz Mozarta oraz Roksany w „Królu Rogerze” Karola Szymanowskiego. Ta nagroda była dla mnie dużym zaskoczeniem, nie spodziewałam się tego. Partię Zuzanny i Hrabiny miałam w repertuarze jeszcze w czasie studiów.

        Nie tak dawno, bo w kwietniu 2016 roku, otrzymała Pani nagrodę Wydawców Katolickich Feniks za płytę z takim repertuarem, o którym długo rozmawiałyśmy.

        - Tak, to była płyta z mszą J. Zeidlera – „Missa Pastorita”, zrealizowana z udziałem Orkiestry Sinfonia Iuventus pod batutą Pawła Przytockiego z udziałem wspaniałych solistów – Agnieszki Rehlis, Tomka Krzysicy i Wojtka Gierlacha - to był nasz wspólny sukces. Każdy muzyk stara się w czasie występu, aby wykonanie było jak najlepsze, wierne tekstowi muzycznemu. W moim przypadku - jest zawsze wiele wątpliwości, zastrzeżeń, przemyśleń i analiz.

        Taka ciągła niepewność i szukanie „dziury w całym” nie są chyba dobre.

        - To jest dobre i złe. Dobre dlatego, że ciągle mobilizuje do rozwoju, do stawiania sobie wyższej poprzeczki, a złe, no cóż może nas w jakiś sposób takie myślenie blokować.

        Chcę powiedzieć o wspaniałym koncercie z Pani udziałem, który odbył się w sierpniu ubiegłego roku w krośnieńskiej Farze. Z Państwową Orkiestrą Mozartowską z Żyliny pod batutą Pawła Przytockiego wykonała Pani dwie arie i motet „Exultate Jubilate” Mozarta. Słuchałam z zachwytem i muszę powiedzieć, że tak pięknie zaśpiewanego „Exultate Jubilate” nigdy nie słyszałam i nie wiem, czy kiedykolwiek usłyszę. Mówimy oczywiście o wykonaniu na żywo. Nie wiem, czy można było zaśpiewać lepiej – inaczej tak, ale czy lepiej?

        - Zawsze można lepiej. Jest bardzo dużo fantastycznych, wspaniałych wykonań, a moje jedynie dąży do tego, aby było dobre, ale podkreślam - dąży.

        Jest Pani młodą kobietą, ale już ukształtowaną śpiewaczką, która występuje na estradach od kilkunastu lat. Czy potrzebuje Pani jeszcze czasem konsultacji bardziej doświadczonej osoby, której w zakresie sztuki wokalnej bezgranicznie Pani ufa?

        - Oczywiście, że tak. Od lat współpracuję z moją przyjaciółką i pianistką Joanną Steczek, która jest wspaniałym coach’em i wykładowcą w Akademii Muzycznej w Katowicach. Zawsze szczerze mówi, co myśli i co należy zrobić, aby moje wykonania były coraz lepsze... Wiele zawdzięczam Asi.
Poza tym pianiści, korepetytorzy operowi i dyrygenci. To z nimi często dyskutuję na rożne tematy muzyczne.

        Udaje się Pani łączyć karierę śpiewaczki, która prowadzi ożywioną działalność, z życiem rodzinnym. Wiem, że jest to bardzo trudne. Pewnie bardzo utalentowana córeczka rzadko widzi mamę?

        - Nie, wcale tak nie jest. Jeśli to tylko jest możliwe, po koncercie czy spektaklu wracam nocą do domu po to, żeby sprawdzić jej zeszyty, czy wszystkie zadania są odrobione, a rano kupić jej świeże bułeczki i zrobić pyszne śniadanko, które zjada z przyjemnością.

        Obowiązki mamy nie pozwalają na dalekie zagraniczne trasy koncertowe.

        - Dlatego też nie śpiewam za granicą. Mam dziecko w Polsce, Amelka tutaj dobrze się czuje, a ja chcę być przy niej - to oczywiste. Amelka jest uczennicą dziennej szkoły muzycznej, gra na fortepianie pod kierunkiem bardzo dobrego pedagoga Pani Katarzyny Leśniak-Skóry, która dba o jej edukację. Amelka jest ambitną dziewczynką, uczestniczy w konkursach i zdobywa nagrody, ma stypendium Prezydenta Miasta Tarnowa za osiągnięcia artystyczne, chociaż często powtarza mi: „Mamusiu, nie cierpię ćwiczyć, ale uwielbiam grać”. Jestem z niej bardzo dumna.
A ja? występuję ze świetnymi polskimi orkiestrami filharmonicznymi, operowymi i kameralnymi. Uwielbiam Operę Krakowską, z którą jestem na stałe związana.
Jestem szczęściarą.

        Rozmawiamy po koncercie finałowym XII Festiwalu Muzyki Kameralnej „Bravo Maestro” w Kąśnej Dolnej. Siedzimy w saloniku dworku, który był kiedyś domem Ignacego Jana Paderewskiego. Jest to miejsce szczególne, ale bardzo dobrze Pani znane.

        - Tak, bo od dziecka tutaj przyjeżdżałam, ale zawsze jestem pod wrażeniem rangi tego miejsca i fantastycznych muzyków, którzy tutaj występują. To budzi u mnie ogromny respekt, możliwość występowania na scenie z tak wspaniałymi, zdolnymi artystami jest dla mnie ogromną przyjemnością i nobilitacją.

        W czasie trzech festiwalowych dni wystąpiła Pani dwa razy. Podczas inauguracji była Pani cudownie śpiewającą i piękną Micaëlą w „Carmen” Bizeta, a repertuar dzisiejszego – finałowego koncertu był bardzo różnorodny. Czy łatwo rozpocząć występ arią Roksany z opery „Król Roger” Karola Szymanowskiego, a zakończyć piosenką „Tango Milonga” Jerzego Petersburskiego?

        - Tak, aria Roksany była chyba najbardziej wymagająca, ale towarzyszył mi znakomity pianista Robert Morawski. Prezentowaliśmy utwory polskich kompozytorów, ponieważ był to maraton, którym uczciliśmy 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości.

        Panuje tutaj zawsze bardzo dobra, pełna życzliwości atmosfera, stworzona przez osoby, które organizują Festiwale i koncerty.

        - Dla nas jest to bardzo ważne. Chcę podziękować serdecznie dyrektorowi Łukaszowi Gajowi, który zaprasza nas, chce kontynuować i rozwijać to, co działo się tutaj w minionych latach. Wszyscy pracownicy Centrum Paderewskiego w Kąśnej Dolnej są życzliwi i zawsze służą pomocą. Nie można także zapomnieć o znakomitej publiczności, która reaguje bardzo żywiołowo, a gorące brawa są dla nas największą nagrodą. Atmosfera tego miejsca jest niepowtarzalna.

        Kończy się sierpień i Pani jest już chyba po wakacjach, gotowa do nowych wyzwań.

        - Tak, jestem już po wakacjach i przygotowuję się do bardzo trudnego projektu – Cykl pieśni Romana Palestra wraz z Orkiestrą Filharmonii Łódzkiej pod dyrekcją Pawła Przytockiego, później czekają mnie koncerty i spektakle w mojej rodzimej Operze Krakowskiej – wystąpię jako: Nedda, Eurydyka i Rosalinda, następnie „Requiem” Giuseppe Verdiego w Filharmonii Śląskiej w Katowicach, pod batutą Mirosława Jacka Błaszczyka, a także spektakle w Operze Wrocławskiej -Tatiana, Roksana i Mimi... a potem koncerty sylwestrowe i noworoczne ... i od nowa spektakle - pracowicie.

        Mam nadzieję, że będzie okazja do następnego spotkania jeszcze w tym roku kalendarzowym i do oklaskiwania Pani podczas licznych występów.

        - Zapraszam Państwa serdecznie do Opery Krakowskiej i innych teatrów operowych oraz do sal filharmonicznych – wszędzie, gdzie będę miała przyjemność występować.

Z Panią Iwoną Sochą – znakomitą polską sopranistką rozmawiała Zofia Stopińska 25 sierpnia 2018 roku w Kąśnej Dolnej.