Wyświetlenie artykułów z etykietą: wywiady

Czas spędzony z orkiestrą był cudowny - mówi Andrzej Guran

     Zofia Stopińska: Bardzo uroczyście świętowano 12 listopada b.r. na Zamku Kazimierzowskim 15-lecie działalności Przemyskiej Orkiestry Kameralnej. Okolicznościowe wystąpienia, obecność znakomitych gości, świetny koncert i radosna atmosfera podczas spotkania towarzyskiego nie były dobrym czasem na dłuższe wywiady, stąd kilka dni później odwiedziłam ponownie Przemyśl, aby porozmawiać z Panem Andrzejem Guranem – skrzypkiem, altowiolistą, dyrygentem i pedagogiem oraz animatorem życia muzycznego w tym mieście. Przemyska Orkiestra Kameralna powstała w 2002 roku, działał już wówczas Przemyski Kwartet Smyczkowy, a Pan był głównym inicjatorem i założycielem tych zespołów. Od pomysłu do realizacji często mija sporo czasu.

     Andrzej Guran: Jeszcze w czasach studenckich i w pierwszych latach pracy w Krakowie, kiedy „posmakowałem” grania w zespołach kameralnych i dyrygowania chórami, postanowiłem udzielać się w tych nurtach muzyki w rodzinnym Przemyślu. W latach 70-tych, kiedy tu powróciłem takiej możliwości nie było. Udzielałem się prowadząc Chór Towarzystwa Muzycznego, chór Szkoły Muzycznej i pracowałem jako nauczyciel tej szkoły. Później przez 10 lat pracowałem za granicą i kiedy znowu wróciłem do Przemyśla, bardzo mi doskwierał głód kontaktu z muzyką żywą i dlatego założyłem kwartet smyczkowy. Namówiłem dwie skrzypaczki, moje byłe uczennice - panią Magdalenę Betleję i panią Małgorzatę Kopańską, poprosiłem młodą wiolonczelistkę Magdalenę Jarosz, a ja postanowiłem grać na altówce. Tak powstał Przemyski Kwartet Smyczkowy, a w tym składzie graliśmy do niedawna od 2000 roku.
     Marzyłem także o orkiestrze smyczkowej, niedługo potem, dzięki staraniom pana Bogusława Danielaka - ówczesnego dyrektora Miejskiego Ośrodka Kultury w Przemyślu, otrzymałem taką szansę i postanowiłem natychmiast ją wykorzystać. Zebrałem grono muzyków, zaczęliśmy pracować intensywnie i wkrótce nasz poziom był na tyle dobry, że mogliśmy zapraszać do współpracy bardzo dobrych, znanych i uznanych muzyków.

     Orkiestrę tworzyli głównie muzycy, którzy byli nauczycielami przemyskiej Szkoły Muzycznej.

     Tak, byli to nauczyciele i wyróżniający się uczniowie oraz absolwenci – studenci akademii muzycznych, którzy przyjeżdżali na weekendy aby odwiedzić rodziny i chętnie z nami muzykowali. Wielką nobilitacją dla muzyków, którzy tworzyli orkiestrę była możliwość występu ze wspaniałymi muzykami, bo przecież grali z nami: skrzypkowie Piotr Tarcholik i Bartosz Bryła, wiolonczeliści Tomasz Strahl i Zdzisław Łapiński oraz dyrygent Stanisław Krawczyński. Wspaniali soliści występując z nami także bardzo nam pomagali i wiele się od nich nauczyliśmy.

     Pamięta Pan program pierwszego koncertu?

     Pamiętam, że podczas pierwszego koncertu zespołu o nazwie Przemyska Orkiestra Kameralna graliśmy m.in. Serenadę na smyczki Piotra Czajkowskiego. Ponieważ ta piękna Serenada jest niesamowicie wymagającym utworem dla każdego zespołu kameralnego, a w naszym przypadku – kiedy większość muzyków tworzących powstającą orkiestrę miała niewielkie lub żadne doświadczenie gry kameralnej - stanowiło to dla nas olbrzymie wyzwanie. Stąd też pracowaliśmy nad programem niezwykle solidnie spotykając się niemal codziennie. Przygotowaliśmy tę Serenadę chyba przyzwoicie, bo przyjęcie publiczności było gorące i zachęcające do dalszej pracy. Później już programy proponowali nam muzycy prowadzący Orkiestrę od pulpitu, którzy mieli świadomość, że jesteśmy początkującym zespołem i trzeba w czasie prób poświęcić sporo czasu na pracę dydaktyczną.

     Pamiętam, że po kilku udanych koncertach poproszono mnie o wywiad dla prasy lokalnej, w którym mówiłem m.in. o pracy, o oczekiwaniach, o trudnościach, o planach zespołu, a całość podsumowałem „.... że musimy zacząć wspólnie oddychać, tworząc w ten sposób sprawny, świetnie rozumiejący się zespół...”. Pracując bez dyrygenta pod kierunkiem koncertmistrza, jest to niezwykle istotne. Ponieważ oddychaliśmy i oddychamy wspólnie odnosiliśmy sukcesy.

     Od kilkunastu lat pierwszym skrzypkiem i dyrygentem oraz szefem artystycznym Przemyskiej Orkiestry Kameralnej jest Piotr Tarcholik – wyśmienity skrzypek, solista, kameralista i koncertmistrz.

     Tak, Piotr Tarcholik pochodzi z Jarosławia i kiedyś kształcił się w przemyskiej Szkole Muzycznej, a ja byłem jego nauczycielem. Nasza znajomość przerodziła się później w przyjaźń. Wiedziałem, że jest osobą bardzo utalentowaną, na bieżąco śledziłem jego osiągnięcia i artystyczną drogę jako koncertmistrza Sinfonii Varsovii, a później Narodowej orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach i dlatego postanowiłem, za zgodą pozostałych muzyków, poprosić Piotra o stałą opiekę i poprowadzenie Przemyskiej Orkiestry Kameralnej. Byliśmy szczęśliwi, że zgodził się i rozpoczęła się bardzo owocna współpraca dzięki której wiele się nauczyliśmy i graliśmy coraz lepiej. Proponował nam cudowne programy i mieliśmy ogromną satysfakcję grając je. Powiem nieskromnie, że byłem dumny z tych koncertów i jednocześnie szczęśliwy, że mogłem uczestniczyć w nich jako wykonawca.

     Jestem przekonana, że wysoki poziom zespołu można osiągnąć dzięki umiejętnościom wszystkich muzyków, którzy go tworzą i którzy, jak Pan już powiedział, potrafią wspólnie oddychać tworząc muzykę. Uważam jednak, że ogromne znaczenie ma także dobra atmosfera panująca w zespole. Wam się udało przez piętnaście lat pracować w dobrej atmosferze.

     Będąc muzykiem grałem w różnych zespołach i zazwyczaj praca przebiegała harmonijnie, ale z atmosferą różnie bywało. Jestem dumny, że w Przemyskiej Orkiestrze Kameralnej od samego początku panowała bardzo dobra atmosfera. Zawsze po koncercie chcemy się spotkać, aby jeszcze porozmawiać i czekamy na następne spotkania, próby i koncerty. Ważne są także dyscyplina i skupienie panujące podczas przygotowań do koncertów. Wszyscy jesteśmy zaprzyjaźnieni i kontaktujemy się również w czasie gdy nie ma koncertów. To jest chyba najcenniejsze.

     Koncert Jubileuszowy był jednocześnie bardzo uroczystym pożegnaniem Pana. Będąc czynnym muzykiem, postanowił Pan jednak rozstać się z zespołem, który - nie bójmy się tego stwierdzenia - jest pana dzieckiem. Dlaczego podjął Pan taką decyzję?

     Przychodzi taki czas, że należy coś zmienić z swoim życiu – znaleźć czas dla siebie. Postanowiłem przejść na emeryturę, ale pozostaję nadal czynnym pedagogiem. Mimo iż Miasto w ostatnich latach organizuje coraz mniej koncertów ( 2016 rok - dwa koncerty, 2017 rok – dwa koncerty i koncert jubileuszowy ) nie mam czasu na regularny udział w próbach orkiestry.
     Pracuję obecnie w dwóch szkołach muzycznych co wypełnia mi czas przez 5 dni w tygodniu od 8:00 do późnych godzin wieczornych, a mam przecież własne życie i Rodzinę, której chciałbym poświęcić trochę czasu. Jest jeszcze Przemyski Chór Kameralny działający przy Towarzystwie Muzycznym, z którym systematycznie spotykam się na próbach i często koncertujemy już od ponad 10-ciu lat! Podkreślę jeszcze raz, że nie zrywam kontaktu z zespołem. Chętnie spotykamy się, zapraszamy, będę uczestniczył w koncertach i gorąco ich oklaskiwał.

     Z pewnością będzie Panu brakować wspólnych prób i emocji, które towarzyszą muzykom w czasie koncertu.

     Z pewnością, ale będę zawsze przychodził na koncerty, gorąco oklaskiwał moich kolegów i cieszył się z ich sukcesów.

     Podczas uroczystego Koncertu Jubileuszowego Przemyskiej Orkiestry Kameralnej dziękowano Panu za pasję, talent, poświęcenie i ogromną pracę jaką wykonał pan tworząc ten zespół i grając w nim przez 15. lat. Widać było, że jest Pan wzruszony i szczęśliwy.

     Byłem bardzo szczęśliwy i wzruszony, ale przede wszystkim byłem zaskoczony, bo to była dla mnie wielka niespodzianka. Wszystko zostało utrzymane w tajemnicy przede mną. Owszem obiecałem, że przyjdę na koncert, ale nawet przez chwilę nie pomyślałem, że będę się żegnał tak oficjalnie z orkiestrą, bo nadal czuję się z nią związany. Dziękuję wszystkim za tyle pochwał i miłych słów pod moim adresem. Czas spędzony z orkiestrą był cudowny, podobnie jak słowa pożegnania i wszystkie miłe niespodzianki, które członkowie zespołu dla mnie przygotowali.

Z panem Andrzejem Guranem - skrzypkiem, altowiolistą, dyrygentem i pedagogiem rozmawiała Zofia Stopińska 16 listopada 2017 roku w Przemyślu.

Wkrótce napiszę więcej o tradycjach koncertowania zespołowego w Przemyślu i działalności Przemyskiej Orkiestry Kameralnej, która niedawno świętowała 15-lecie działalności.

Będąc dyrygentem można robić wiele ciekawych rzeczy

     Zofia Stopińska: Z dyrygentem Panem Jakubem Chrenowiczem chcemy Państwa zaprosić na wspaniały koncert do Filharmonii Podkarpackiej. Program wypełnią tylko dwa dzieła.

     Jakub Chrenowicz: To będą dwie bardzo interesujące i różniące się kompozycje. Zacznę od części drugiej wieczoru, podczas której będziemy przywoływać nastrój zimowy, ponieważ za oknem mamy ciągle kilka stopni w plusie, więc będziemy zimę kreować muzyką bardzo rzadko grywanej I Symfonii Piotra Czajkowskiego. Pierwsze trzy symfonie wielkiego kompozytora nie weszły na stałe do repertuaru. Wykonywane są najczęściej czwarta, piąta i szósta, ale pierwsza, druga i trzecia – to są bardzo interesujące kompozycje i właśnie Symfonia g-moll „Zimowe marzenia” zabrzmi w drugiej części koncertu. Zachowały się zapisane wypowiedzi Czajkowskiego, że wprawdzie nie jest to kompozycja doskonała pod względem warsztatowym, to jest w niej „cały on” i to prawda, bo to jest prawdziwy Czajkowski. Formalnie może trudno porównywać to dzieło z innymi, późniejszymi kompozycjami, niemniej jednak duch Czajkowskiego, piękno jego fraz i tematów, nastrojowość i malarskość tej muzyki, w szczególnej odsłonie programowości XIX-wiecznej, bo to jest symfonia z tytułem i podtytuły mają dwie pierwsze części. Jestem szczęśliwy, że będę dyrygował I Symfonią Piotra Czajkowskiego i cieszę się, że rzeszowska publiczność będzie go mogła usłyszeć.
     W pierwszej części koncertu będzie gwiazda – Pani Katarzyna Duda, która wykona słynny II Koncert „La Campanella”, czyli „Dzwonek” Niccolo Paganiniego, gdzie w części trzeciej ten dzwonek się odzywa. To zupełnie inne dzieło, idiom wirtuozerii skrzypcowej najwyższej próby technicznej, bo trzeba pamiętać, że Paganini stworzył go dla siebie. Jak w wielu instrumentalnych dziełach włoskich twórców z tego okresu słychać w tym koncercie wpływy włoskiej opery. Pani Katarzyna Duda to wspaniała solistka-wirtuoz znana z mistrzowskich kreacji tej kompozycji.
Program piątkowego wieczoru jest bardzo zróżnicowany i piękny.

     Należy Pan do grona młodych dyrygentów, działających intensywnie od kilku lat, a wcześniej odbył Pan gruntowne studia dyrygenckie Akademii Muzycznej w Poznaniu i za granicą.

     To były w zasadzie równoległe studia. Ukończyłem Akademię Muzyczną w Poznaniu, u Pana prof. Jerzego Salwarowskiego studiowałem przez pięć lat, ale równocześnie jeździłem do Sieny, gdzie w słynnej Accademia Musicale Chigiana studiowałem pod kierunkiem wybitnego włoskiego dyrygenta Gianluigiego Gelmettiego, spędziłem kilka miesięcy we Frankfurcie nad Menem w ramach programu LLP-Erasmus, kształciłem się w Hochschule fϋr Musik und Darstellende Kunst. Po studiach „przyszła” asystentura u dyrektora Antoniego Wita w Filharmonii Narodowej w Warszawie, czyli bardzo ważny okres, który mnie ukształtował.

     Wtedy też rozpoczął Pan występy z orkiestrami symfonicznymi i od 2010 roku poczynając, każdy kolejny rok przynosił ważne wydarzenia, dzięki którym był Pan zauważany przez organizatorów życia muzycznego oraz gorąco oklaskiwany przez publiczność.

     Faktycznie, tak się szczęśliwie wszystko układało. Najpierw był to debiut w Filharmonii Narodowej, a później z innymi zespołami, m. in. z Sinfonią Varsovią, Polską Orkiestrą Radiową, a wkrótce zadebiutowałem w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej w Warszawie, gdzie w Polskim Balecie Narodowym – świetnym zespole Krzysztofa Pastora powierzono mi kierownictwo muzyczne „Opowieści biblijnych”. Później dyrygowałem coraz więcej w warszawskim Teatrze Wielkim – prowadziłem przedstawienia opery „Straszny Dwór” Stanisława Moniuszki, a także dyrygowałem spektaklami baletowymi „Święta wiosny” Igora Strawińskiego w różnych inscenizacjach. Ponad dwa lata temu miałem w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej kolejną premierę spektaklu „Casanova w Warszawie”, gdzie byłem kierownikiem muzycznym i autorem koncepcji muzycznej – ułożyliśmy to wspólnie z reżyserem Krzysztofem Pastorem i autorem libretta Pawłem Chynowskim – libretto osnute wokół pamiętników Casanovy ilustrowane jest muzyką Mozarta.
     Rozpocząłem także pracę dydaktyczną w Akademii Muzycznej w Poznaniu i w ubiegłym roku na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie otrzymałem tytuł doktora, promotorem doktoratu był prof. Antoni Wit.
Sezon, który jeszcze trwa, także przyniósł nowe wyzwania w mojej działalności, z których bardzo się cieszę, bo zostałem pierwszym dyrygentem w Filharmonii im. Stanisława Moniuszki w Koszalinie, a także kierownikiem Orkiestry Akademii Muzycznej w Poznaniu. To zupełnie inna specyfika pracy, dzięki której nabywam wiele nowych doświadczeń.

      Dlatego pewnie najczęściej ostatnio przebywa Pan w północnych i centralnych rejonach Polski.

     Czy ja wiem? W Rzeszowie spotykam się z Państwem co sezon. Chcę podkreślić, ze bardzo lubię tutaj wracać, cenię sobie Orkiestrę Filharmonii Podkarpackiej, bo jest to bardzo dobry zespół, i salę koncertową – jedną z najsłynniejszych w Polsce oraz rzeszowską publiczność. W Filharmonii Krakowskiej oraz na Akademii Muzycznej w Krakowie także będę w tym sezonie dyrygował, a także we Wrocławiu mam bardzo dobre relacje artystyczne z Operą Wrocławską. Może ma Pani trochę racji, bo jednak częściej jestem w rodzinnym Poznaniu, Bydgoszczy, no i co miesiąc przygotowuję koncert w Koszalinie, ale to tylko statystyka.

     Czy w sposób znaczący wpłynęła na Pana działalność ubiegłoroczna Teatralna Nagroda Muzyczna im. Jana Kiepury w kategorii Najlepszy Dyrygent?

     Trudno powiedzieć jednoznacznie, ale to było bardzo miłe wyróżnienie. Pamiętam, że nie mogłem odebrać osobiście tej nagrody, bo byłem wówczas w Rzeszowie, ale chwalę się tą nagrodą i bardzo mi miło, że Pani o niej wspomniała.

     Dyryguje Pan koncertami symfonicznymi, spektaklami operowymi, baletowymi i dzięki temu może Pan wszystkie zdobyte doświadczenia przekazywać studentom Katedry Dyrygentury Symfoniczno-Operowej w Akademii Muzycznej w Poznaniu.

     Rzeczywiście, nasi studenci mają także zajęcia z dyrygentury operowej i to są zajęcia o innej specyfice, bo jest także praca z wokalistami. Ja także kończyłem takie studia. Cieszę się, że jako dyrygent mogę działać w kilku obszarach, bo interesuje mnie wszystko, o czym już wspominaliśmy, a także muzyka kameralna, czyli prowadzenie orkiestr kameralnych, czy współczesne zespoły kameralne. W tym roku współpracowałem z cieszącym się coraz większą sławą poznańskim zespołem Sepia Ensemble. To jest kilkunastoosobowy zespół powołany, by grać muzykę najnowszą i byliśmy z Sepią Ensemble w Wiedniu, gdzie na 200-lecie uczelni muzycznej w Wiedniu wykonywaliśmy utwory Poznaniaków i kompozytorów wiedeńskich. Dyryguję także Elbląską Orkiestrą Kameralną czy Capella Bydgostiensis, którą bardzo cenię i serdecznie pozdrawiam. Koncertów symfonicznych mam ostatnio najwięcej, ale nagrodę otrzymałem za szeroką działalność baletową, bo prowadziłem spektakle w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej, Teatrze Wielkim w Łodzi oraz we Wrocławiu. Najrzadziej dyryguję ostatnio przedstawieniami operowymi, a kiedyś prowadziłem także spektakle operetkowe – było to w czasach, kiedy istniał Gliwicki Teatr Muzyczny i dyrygowałem tam „Zemstą nietoperza”. To był świetny teatr – wielka szkoda, że został zlikwidowany.
     Coraz bardziej pochłania mnie pedagogika – praca ze studentami dyrygentury, z orkiestrą akademicką, z zespołami, które powołują studenci oddolnie przez koła naukowe. Będąc dyrygentem można naprawdę robić wiele ciekawych rzeczy i bardzo się cieszę, że mogę tak szeroko działać.

     Ciekawa jestem, czy studenci klasy dyrygentury mają możliwość prowadzić orkiestrę albo spektakl operowy, czy jest to wyłącznie praca z dwoma fortepianami.

     Poznańska Katedra Dyrygentury od kilku lat bardzo dba o to i już są owoce tego, żeby nasi studenci poza tą pracą przy dwóch fortepianach, która jest bardzo ważna, bo robi się wówczas wiele technicznych rzeczy, ale ona absolutnie nie zastąpi kontaktu z żywym organizmem, jakim jest orkiestra i nawiązaliśmy współpracę z Filharmonia Dolnośląską w Jelenie Górze. Nasi studenci kilka razy w semestrze jeżdżą tam, żeby pracować z orkiestrą cały dzień, za każdym razem inny wykładowca z nimi jedzie. Jest też przedmiot, który ja prowadzę w Poznaniu i jest moim „oczkiem w głowie”, nazywamy to – orkiestra fakultatywna. Jest to orkiestra symfoniczna złożona ze studentów, która służy sześć razy w semestrze studentom dyrygentury po to, aby mogli z tym zespołem „przerobić” też repertuar klasyczny. Jest też orkiestra Koła Naukowego, którego jestem opiekunem, tą orkiestrą ja dyryguję raz w roku akademickim, a w tym roku mamy dwa koncerty dyrygowane przez studentów dyrygentury – nasi najlepsi studenci mogą z tą orkiestrą występować. W Poznaniu jest coraz więcej możliwości pracy z orkiestrami i bardzo się cieszymy, bo to jest podstawa w kształceniu młodych dyrygentów.

     Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok – długo Pan będzie świętował?

     Święta spędzę z najbliższymi, ale w okresie sylwestrowym będę pracował w Filharmonii Poznańskiej, gdzie 31 grudnia będę dyrygował koncertem sylwestrowym. Później jadę „do siebie”, czyli do Filharmonii Koszalińskiej, gdzie jest tradycja koncertów wiedeńskich i orkiestra będzie grać pod moją batutą trzy koncerty złożone wyłącznie z muzyki rodziny Straussów. W lutym będziemy utrzymywać nastrój karnawałowy, bo odbędą się dwa wieczory operowo-operetkowe ze wspaniałymi solistami Iwoną Sochą i Tomaszem Kukiem. Jak już wspominałem, będę co miesiąc w Filharmonii Koszalińskiej. Mamy tam wspaniałą salę, która ma zaledwie kilka lat, ale ta sala jest zawsze pełna. Jest to 100-tysięczne miasto, gdzie trudno kupić bilet do Filharmonii i jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy. Pracujemy z Orkiestrą bardzo ciężko, ale w dobrej atmosferze i mamy dobre koncerty oraz świetnych solistów. Starczy, jeśli wymienię, że w drugiej połowie sezonu wystąpią w Filharmonii Koszalińskiej m.in.: Piotr Paleczny, Jakub Jakowicz, Dariusz Stachura i Olga Pasiecznik.

     Optymistycznie kończymy spotkanie przed koncertem w Filharmonii Podkarpackiej.

     Bardzo dziękuję. Zapraszam Państwa serdecznie jutro do Filharmonii Podkarpackiej. Koncert rozpocznie się o 19:00.

Z dr Jakubem Chrenowiczem – świetnym dyrygentem młodego pokolenia i adiunktem w Katedrze Dyrygentury Symfoniczno – Operowej w Akademii Muzycznej im. I. J. Paderewskiego w Poznaniu rozmawiała Zofia Stopińska 14 grudnia 2017 roku w Filharmonii Podkarpackiej.

Bach jest człowiekiem, który został posypany pyłem gwiezdnym

     „Od Bacha do gwiazd” – tak zatytułowane zostało spotkanie z ks. prof. Michałem Hellerem i prof. Krzysztofem Jakowiczem, które zainaugurowało cykl interdyscyplinarnych wykładów „Wielkie pytania w nauce i kulturze” organizowanych przez Wyższą Szkołę Informatyki i Zarządzania z siedzibą w Rzeszowie.

Spotkanie przybliżały następujące słowa ks. prof. Michała Hellera zamieszczone na afiszu:
„Wszechświat jest symfonią.
Muzyki nauczyliśmy się od Wszechświata.
Już starożytni Grecy wsłuchiwali się w muzykę wyższych sfer i usiłowali odtworzyć partyturę Kosmosu.
Dziś wsłuchujemy się w Wszechświat przy pomocy radioteleskopów, teleskopów orbitalnych i technologicznie wyrafinowanych misji kosmicznych.
W wielu zaskakujących szczegółach złamaliśmy partyturę Kosmosu
Jaka to partytura?
- A Bach?
- A Bach to mistrz partytury. Na czym polegają podobieństwa i różnice między partyturami pisanymi przez Bacha i partyturą Kosmosu?
Posłuchamy Bacha i postaramy się podsłuchać Kosmos.”

     12 grudnia 2017 roku sala koncertowa Filharmonii Podkarpackiej wypełniona była po brzegi publicznością, wśród której byli włodarze miasta i regionu, przedstawiciele rzeszowskich uczelni oraz świata biznesu. Wydarzenie otworzył dr Wergiliusz Gołąbek – Rektor Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania z siedzibą w Rzeszowie. Niezwykle interesującemu wykładowi ks. prof. Michała Hellera towarzyszyła muzyka Johanna Sebastiana Bacha w mistrzowskich kreacjach Krzysztofa Jakowicza.
Zabrzmiały kolejno: Adagio i Fuga z Sonaty nr 1 g-moll, Chaconne z Partity nr 2 d-moll oraz Corrente i Double z Partity nr 1 h-moll.
     Druga część spotkania miała formę interaktywną. Pytania mogła zadawać publiczność, a moderatorem tej części był pan Wojciech Bonowicz – poeta, redaktor i felietonista „Tygodnika Powszechnego.
     Podczas wydarzenia można było nabyć publikacje Wydawnictwa Copernicus Center Press oraz płyty CD z nagraniami prof. Krzysztofa Jakowicza. Po wykładzie wiele osób skorzystało z możliwości zdobycia autografów i dedykacji Mistrzów.

     Przed spotkaniem, specjalnie dla „Klasyki na Podkarpaciu” wywiadu udzielił mi jeden z najwybitniejszych skrzypków naszych czasów – prof. Krzysztof Jakowicz.

     Zofia Stopińska: Czy pamięta Pan, kiedy po raz pierwszy sięgnął Pan po utwory Johanna Sebastiana Bacha przeznaczone na skrzypce solo?

     Krzysztof Jakowicz: Z pewnością grałem niewielkie fragmenty któregoś z dzieł w Liceum Muzycznym, przypominam sobie Presto z Sonaty g-moll, ale tak naprawdę dopiero podczas studiów w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej w Warszawie zacząłem grać utwory Johanna Sebastiana Bacha przeznaczone na skrzypce solo. Pamiętam taki okres, że grało się Bacha zupełnie inaczej niż dzisiaj. Akordy trójdźwiękowe wykonywało się razem, natomiast cztery dźwięki się dzieliło. Później przez wiele lat poszukiwań, doszedłem do wniosku, że właściwie należy wyjść od struktury Bacha, od tego w jaki sposób zbudowane są jego dzieła i wówczas te akordy można łączyć, można grać arpeggio, zwłaszcza w fugach muszą być słyszalne tematy, a sprawa akordów wynika ze sposobu linearnego prowadzenia głosu, ale do tego dochodzi się dosyć długo.
     Potem był taki okres, kiedy zaczęto grać Bacha na „tak zwanych” instrumentach historycznych. Ja tej nazwy specjalnie nie lubię, zresztą z instrumentami historycznymi bywa różnie, ale zacząłem w ten sposób zgłębiać Bacha. Teraz jestem na etapie coraz większego zachwytu nad Bachem, ponieważ jest to muzyka absolutna, poza tym w pewnym sensie transcendentalna. Jeśli popatrzymy na partytury Sonat i Partit to widzimy, że Bach pisał je bez żadnych skreśleń, tak jakby ktoś mu dyktował. To jest niesamowite. Dla mnie Bach jest człowiekiem, który został posypany pyłem gwiezdnym. Jeśli ktoś wierzy, to Duch Święty nad nim się uniósł. Jest to jeden z tych wybrańców, którzy powinni być wzorem i drogowskazem dla nas wszystkich, a dla muzyków w szczególności. Dlatego Bach jest dla mnie w tej chwili punktem odniesienia.

     Znam dwa komplety Sonat i Partit Johanna Sebastiana Bacha w Pana wykonaniu, a nagrania pochodzą z dwóch różnych okresów działalności artystycznej.

     Pierwszy znajduje się w archiwach Polskiego Radia i został on utrwalony w Kościele Ojców Paulinów. Utwory brzmią monumentalnie i są grane w wolnych tempach, a wszystko zależne było od akustyki, bo długi pogłos nie pozwalał na szybkie tempa, poza tym podczas nagrań temperatura we wnętrzu kościoła nie przekraczała 10 stopni Celsjusza i prawie po każdej części trzeba było rozgrzewać dłonie. Był to taki okres, kiedy raczej grawitowałem w stronę pierwszego mojego spojrzenia na Bacha „monumentalnego”. Drugi komplet bachowskich Partit i Suit został nagrany w Kościele Świętego Marcina w Krakowie. To jest zupełnie inne nagranie, według mnie bliższe Bacha. Dwa lata temu nagrałem jeszcze raz cały komplet w Sali Europejskiego Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego w Lusławicach. Nagranie jest bardzo dobre, ale uważam, że jednak Bacha powinno się grać we wnętrzach świątyń, ale nie za dużych i z inspirującą architekturą. Nie ukrywam, że najbardziej inspiruje mnie obecność ludzi i granie we wnętrzu, które ma jakąś osobowość. Sala w Lusławicach jest piękna i ma wspaniałą akustykę, ale jest trochę bezosobowa i duża. Trudno w niej znaleźć pewną intymność potrzebną do muzyki Bacha. Prawdopodobnie nie wydam tej wersji, ale jestem spokojny, bo jest już dostępna jedna, która cieszy się uznaniem. Niedawno jeden z krytyków napisał, że jest to „wspaniały Bach”. Bardzo się cieszę, że ten album się podoba, ale to mnie nie uspakaja, a jedynie mobilizuje do dalszego działania.

     W Rzeszowie usłyszymy utwory Bacha na skrzypce solo, podczas spotkania „Od Bacha do gwiazd”.

     To jest nadzwyczajne. Kiedy się dowiedziałem, że spotkam się z ks. prof. Michałem Hellerem, zacząłem czytać jego dzieła i muszę się przyznać, że mniej więcej 95 % z tego co pisze nie rozumiem, ale niewątpliwie te 5%, które rozumiem jest bliskie mojemu sercu. Bliski mi jest także fakt, że Ksiądz Profesor jest pasjonatem tego co robi. Proszę popatrzeć na plakat na którym jego oblicze jest promieniujące i jaśniejące radością, a moja twarz z tyłu jest skupiona na graniu i na ciągłym poszukiwaniu. Postać Księdza Profesora jest niezwykła, bo to co robi jest niezwykłe i to co nam uświadamia jest nadzwyczajne. Na co dzień nie zastanawiamy się, że Wszechświat jest niesłychanie skomplikowany, i że trwa 16 miliardów lat co najmniej.
     Niedawno miałem mały zabieg chirurgiczny w szpitalu po którym musiałem leżeć godzinę, może półtorej i chyba po dziesięciu minutach czas zaczął mi się strasznie dłużyć, a proszono mnie, żebym nieruchomo leżał. Wówczas przypomniałem sobie zdanie Księdza Profesora, że nasz Wszechświat trwa 16 miliardów lat – pomyślałem wówczas – leżę najwyżej kilkanaście minut, a będę mógł wstać za około godzinę, cóż to jest w stosunku do Wszechświata? Uspokoiłem się natychmiast.

     Przyszła mi taka myśl do głowy, że wszyscy, którzy aspirują do tego, żeby być politykami, powinni przez dwa tygodnie czytać dzieła Księdza Profesora i pograć, albo tylko asystowali przy pracy muzyka grającego Bacha, który jest niewątpliwie wytworem Kosmosu i jednym z dowodów na to, że ten porządek we Wszechświecie jest. Bach jest kompozytorem u którego jest niesłychany porządek - zresztą specjalnie na zakończenie spotkania wybrałem dwie części z Partity h-moll Corrente i Doublé, czyli taniec i jego wariacje. Każda z tych części ma tylko 80 taktów. Nie sadzę, że Johann Sebastian Bach to wyliczał, jemu to wyszło z kompozycji, z tych matematycznych zależności. Podobnie jak czytam dzieła ks. prof. Michała Hellera, to pomimo, że wielu rzeczy nie rozumiem, ale rozumiem te zależności, i podziwiam, zachwycam się tym faktem, że są tacy ludzie (w mniejszości niestety, teoretycznie nie mający racji, bo wmawia się nam, że większość ma rację), którzy mają pasję dążenia do odkrywania świata, do odkrywania coraz to nowych wartości, coraz to nowych sfer. To jest absolutnie fascynujące, cudowne i świadczące o tym, że działa jakaś siła w sposób zapewne przemyślany, jest to coś niepojętego, co trudno nam uchwycić. Tym bardziej jest to zachwycające, że taką dziedziną zajmuje się ksiądz, teolog, kosmolog Michał Heller. Poza tym taka lektura, przebywanie wokół myśli Księdza Profesora, pozwala także na to, żeby nasze sprawy doczesne, te które nas dotyczą na co dzień, aby one znalazły miejsce w naszym myśleniu, w naszej hierarchii. Okazuje się, że nasze problemy są w zasadzie wymyślone, stwarzane przez szarą codzienność, natomiast jak się troszeczkę uniesiemy nad naszą Ziemię, to widzimy zupełnie inna perspektywę i pokazuje ją nam ks. Heller.

     Powiedział Pan, że ciągle przez poszukiwanie i pracę nad sobą możemy się doskonalić.

     Możemy ze sobą konkurować, albo doskonalić siebie w imię takiego prostego faktu, że ciągle występujemy przed ludźmi i trzeba im dawać to co mamy najlepszego w danym dniu. Dziennikarze często zadają mi pytanie, który mój koncert był najważniejszy – odpowiadam wówczas – ten, który za chwilę będę grać, niezależnie od tego czy to jest Zalesie Górne, Paryż, Warszawa, czy Rzeszów. Traktuję swój zawód z największą powagą, też z zachwytem, bo wciąż mnie to pasjonuje, a jednocześnie mam wielki szacunek dla tych, którzy przychodzą na koncert, zwłaszcza dla tych, którzy przychodzą po raz pierwszy, bo może się zdarzyć, że przyjdą po raz ostatni, a ja bym chciał, żeby przychodzili często i mieli stały kontakt z geniuszami, których próbujemy im pokazywać, grając, w tym przypadku na skrzypcach, zaznajamiać ich z dziełami wielkich twórców, którzy pisali je z potrzeby serca.

     W bieżącym roku mija 250 lat od śmierci Georga Philippa Telemanna, działającego w tym samym czasie co Johann Sebastian Bach. W kilku miejscach grałem ostatnio fragmenty dzieł Telemanna na bis. Dla mnie jest to muzyka równie wielka i syntetyczna jak utwory Bacha, bo jest niesłychanie prosta w rozumieniu, w przekazie, w harmonii. Na ogół prezentuję części fantazji. Są one krótkie, zwięzłe, ale zawierają bardzo dużo treści, głębi i ludzie to natychmiast odbierają. Często są zaskoczeni, bo słyszą nazwisko Telelmann po raz pierwszy w życiu. Daje mi to wiele radości i satysfakcji, ale jestem przekonany, że satysfakcję z tego ci się robi można mieć w każdym zawodzie. Spotykam znakomitego piekarza, którego pieczywo jest doskonałe, chrupiące, cudownie pachnące i mówię mu; ...jedząc pana wypieki marzę o tym, że jutro przyjdę i będę jadł równie wspaniałe... Uśmiech na twarzy tego człowieka świadczy o wielkiej radości. Nie musi to być artystyczne dzieło, bo każdy z nas ma do spełnienia jakąś funkcję na Ziemi i jeśli robimy coś z pasją, chcemy, żeby ten który skosztuje naszego produktu, ubierze płaszcz, włoży buty - był zadowolony, to musimy pracować z pasją. Podam jeszcze jeden przykład. Mam szewca, którzy działa w Warszawie i nazywa się Skrzypek i jak się przynosi do niego wygodne ale już stare buty, to on mówi z zapałem i błyskiem w oczach – to nic nie szkodzi, zrobimy tak, że będą wyglądały jak nowe. Powiedziałem kiedyś o moim panu Skrzypku – szewcu, który ma swój zakład na Nowym Świecie, w wywiadzie radiowym. Słyszał to ktoś z jego znajomych i powiedział mu o tym. Jak przyszedłem z kolejnymi butami, zwrócił się do mnie z prośbą: „....słyszałem, że pan o mnie mówił, czy mógłby mi pan zdobyć nagranie z tym wywiadem?”. Nie wynikało to z próżności, tylko człowiek zawsze chciałby być świadom akceptacji innych ludzi dla tego co robi. Potwierdzenia, że to jest innym potrzebne i oni to doceniają. Wielu z nas uważa, że nam się wszystko należy, ale ja sądzę, że mi się nic nie należy i muszę najpierw zapracować na akceptację i uznanie innych. To jedyna recepta na to, żeby być szczęśliwym na tym świecie i pamiętać o tym, że Wszechświat istnieje już 16 miliardów lat.

     Pana słowa mogą stanowić dobre zakończenie rozmowy, ale mamy jeszcze trochę czasu i będę ja kontynuować. Charakteryzuje Pana ogromna ciekawość świata i niezwykła ciekawość muzyki, stąd nie tylko Bach i Telemann, nie tylko mistrzowie baroku, ale muzyka różnych epok i różne jej gatunki Pana fascynują. Dzisiaj w Rzeszowie gra Pan utwory Johanna Sebastiana Bacha, ale 1 stycznia 2018 roku wystąpi Pan w towarzyszeniem orkiestry w Tychach z zupełnie innym programem.

     Tak, będę grał stare tanga. Przed laty, jak byłem uczniem liceum, mówiono mi, że nadaję się tylko do wirtuozowskich „kawałków”. Później okazało się, że Mozart jest moim znakiem firmowym i bardzo długo grałem koncerty skrzypcowe tego kompozytora. Mam bardzo piękną dedykację od prof. Josefa Gingolda, a nikt nie mówił, że nadaję się do Bacha. To wynika chyba z faktu, że zostałem tak nauczony, że jeśli cokolwiek gram - niezależnie od tego czy to jest: Bach, Sarasate, czy to jest tango – to w tym momencie to jest najlepszy utwór jaki został napisany na świecie. To mi wciąż towarzyszy i dlatego z równym przejęciem gram Bacha, co będę w tym tygodniu grał w Zielonej Górze Koncert skrzypcowy Mendelssohna. W momencie wykonywania utworu, należy się wyłączyć z wartościowania, bo muszę być przekonany, że to co gram dzisiaj, jest najlepszym utworem jaki kiedykolwiek został napisany. Mam kolegów, którzy nieraz zwracają mi uwagę, że na przykład utwory Sarasatego są banalne – odpowiadam wówczas : ...może i tak, ale to skomponował człowiek, który był zafascynowany skrzypcami”. Tych wielkich geniuszy nie było znowu tak wielu. Nasze oceny zweryfikuje czas i historia – to jest fascynujące zagadnienie. Zawsze trzeba się chociaż parę metrów wznieść nad ziemię i z perspektywy obserwować pewne rzeczy będzie łatwiej i bardziej prawdziwie.

     Pana najbliższe plany związane są z różnymi gatunkami muzyki, wystąpi Pan również z młodymi wykonawcami.

     Bardzo lubię pracować z młodymi muzykami. Bardzo inspirują mnie występy z takimi zdolnymi ludźmi jak Jakub Jakowicz czy Marcin Zdunik, który jest fenomenalnym młodym wiolonczelistą, improwizatorem, kameralistą. W styczniu gramy z moim synem w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu, a dyrygował będzie Horia Andreescu - szef Filharmonii Bukareszteńskiej. Będziemy grali Navarrę na dwoje skrzypiec – Pabla de Sarasate, ja wykonam Koncert skrzypcowy g-moll Maxa Brucha a Jakub będzie grał Tzigane Maurice Ravela. Ostatnio mój syn bardzo dużo koncertuje i co tydzień gra inny program. W tym tygodniu ma w programie Koncert Panufnika z Orkiestrą AUKSO, kilka dni temu wystąpił w Katowicach razem z pianistą Nelsonem Goernerem, altowiolistką Katarzyną Budnik Gałązką, wiolonczelistą Marcinem Zdunikiem i kontrabasistą Krzysztofem Firlusem i wykonali II Kwintet fortepianowy Es-dur op. 17 Józefa Nowakowskiego i Kwintet fortepianowy A-dur „Pstrąg” Franza Schuberta, a niedawno grał Koncert skrzypcowy Emila Młynarskiego. Wiele ciekawych koncertów się odbywa co jest to fascynujące i mobilizujące.

     Bardzo się cieszymy, że po dłuższej nieobecności jest Pan w Rzeszowie i gra Pan spore fragmenty z I Sonaty g-moll oraz z Partit h-moll i d-moll Johanna Sebastiana Bacha. Kończymy tę rozmowę z nadzieją, że niedługo spotkamy się na Podkarpaciu.

     Zawsze przyjeżdżam tutaj z największą radością. Na pewno wystąpię w czasie najbliższego Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Organowej i Kameralnej w Leżajsku latem 2018 roku. Jeszcze nie wiem co zagram Bacha czy Ysaya, ale koncert zaplanowany jest w połowie lipca, a Filharmonia Podkarpacka jest zawsze bliska mojemu sercu. Pozdrawiam Państwa serdecznie.

Z prof. Krzysztofem Jakowiczem – jednym z najwybitniejszych skrzypków naszych czasów rozmawiała Zofia Stopińska 12 listopada 2017 roku w Rzeszowie.

Moja twórczość nigdy nie poddaje się modom

     Zofia Stopińska: Zapraszam na spotkanie z Leszkiem Długoszem - poetą, pieśniarzem, kompozytorem, pianistą, aktorem, autorem wielu tomików poetyckich, płyt autorskich, programów radiowych i telewizyjnych oraz felietonistą. Przed rozmową z Panem przeglądałam różne materiały dotyczące Pana działalności artystycznej, z których wynika, że jej początek to rok 1964, kiedy to po studiach polonistycznych na Uniwersytecie rozpoczął Pan studia aktorskie w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Krakowie.

     Leszek Długosz: Cykl mojego kształcenia odbywał się zgodnie z przepisami, przechodziłem z klasy do klasy, rok w rok, więc studia kończyło się w wieku lat dwudziestu trzech i wtedy zorientowałem się, że nie bardzo wiem, co mam robić po studiach, ponieważ wybrałem te pierwsze studia w nieoczekiwanym kierunku; moim marzeniem była reżyseria filmowa, do czego był potrzebny dyplom ukończenia innych studiów. Pomyślałam wówczas, że stosowna będzie ogólna podbudowa humanistyczna i stąd studia polonistyczne, w czasie których zorientowałem się, że reżyseria filmowa to nie jest dla mnie dobry kierunek i nie chodziło tu o brak wyobraźni, ale o możliwości organizacyjne. Reżyser musi zjednać sobie ludzi i zorganizować grupę, bo to jest praca zespołowa, musi zdobyć środki itd. Podobnie jak jest dzisiaj – reżyser musiał przebić się przez producenta, przez jakąś cenzurę (taką lub owaką), rozmaicie pojmowaną itd... To przerastało moje możliwości energetyczne i logistyczne. Ja chciałem się zajmować czymś natychmiast i jeszcze nie wiedziałem, że jest to granie albo pisanie. Poszedłem do szkoły aktorskiej, bo to jest ponętne wizja – teatr, bycie kimś innym, przenoszenie się w inne czasy, w światłach, dekoracjach, pomiędzy koleżankami i kolegami – to jest czarujące z pewnej odległości. Na drugim roku szkoły aktorskiej zorientowałem się, że to wcale nie jest to, czego oczekuję w życiu dla siebie. Zorientowałem się także, że w tak zwanym „fachu aktorskim” jest zwykle tak, że ląduje się w jakimś teatrze, bo wówczas absolwenci trzech szkół aktorskich w Polsce bez problemu znajdowali etat w teatrze. W każdym teatrze jest dyrektor, który prowadzi swoją politykę, ma swoich reżyserów, z rozmaitymi upodobaniami i potrzebami, a aktor jest mu potrzebny do ich realizacji. Mogą to być dla aktora interesujące propozycje, ale często trzeba pracować jak przedmiot czy rekwizyt. Zorientowałem się, że to jest zawód cząstkowy i służebny. Rzadko aktor może się wykazać wolnością w doborze repertuaru, konwencji itd., bo jest wynajętym elementem całości.

     Chyba Pan dopiero wówczas wiedział, co dalej zrobić, bo znalazł sobie Pan w czasie tych studiów „kącik wolności”, którym była „Piwnica Pod Baranami”.

     Tak. Wiedziałem, że tam mogę wreszcie być, kim być chcę, mogę się zgodzić albo nie zgodzić i w dodatku prawie wszystko mi się tam podobało. Mogłem tam realizować się w dwóch najważniejszych moich potrzebach – pisaniu i muzykowaniu, a także w śpiewaniu, bo ktoś to powinien zaśpiewać. Ponieważ krócej mi było samemu śpiewać, niż uczyć kogoś i być zadowolonym z efektów albo nie, postanowiłem śpiewać sam – i tak się wszystko zaczęło.

     Rok 1973 był z pewnością dla Pana bardzo ważny, bo wówczas ukazał się pierwszy tomik Pana poezji.

     To był ważny tomik, ponieważ przekonałem się, że to, co piszę bez muzyki, widać jest wystarczające, skoro jedno z bardziej szacownych wydawnictw – Wydawnictwo Literackie, zdecydowało się wydać mój debiutancki tomik. Później wydawało także następne, a w ubiegłym roku ukazała się jubileuszowa pozycja Wydawnictwa Literackiego – wybór na moje 75-lecie. Mówię o tym, bo nie jest to nic żenującego ani krępującego dla mnie – ukończyć 75 lat.

     Wręcz przeciwnie, to bardzo dobra okazja, aby świętować.

     To nawet nie ja, bo dla mnie tak samo jest wczoraj, jak dzisiaj czy pojutrze, ale znajomi, przyjaciele zauważyli tę datę i postanowili mnie, a także sobie zrobić przyjemność (śmiech...). Tak często bywa również z imieninami – składamy ci życzenia, a ty zrób nam przyjemność i zorganizuj miłe spotkanie z tej okazji.

     Była także okazja, aby podsumować różne nurty Pana działalności – poeta, muzyk, piosenkarz...

     ...człowiek estrady, autor wielu scenariuszy dla radia, dla telewizji, wystąpiłem w paru filmach, co też było przygodą i sprawdzeniem siebie. Moje życie – prywatne i zawodowe, było niesłychanie aktywne, czynne i zmienne. Sam nie wiem, czy to dobrze, czy nie. Może trzeba się było skupić na jednym zajęciu i doprowadzać efekty działalności w tej dziedzinie do doskonałości?

     Nie wiem, czy długo by Pan wytrzymał.

     Chyba nie, bo za dużo rzeczy mnie ciekawiło, za dużo miałem i mam pokus, aby wszystkiego spróbować.

     Magia radia fascynowała Pana długo.

     Z pewnością teraz Panią zaskoczę. Gdybym musiał wybierać jedno zajęcie, jeden zawód – to byłoby to radio, ponieważ radio pozwalałoby mi na realizację tego, co jest we mnie najbardziej mocne – na operowanie słowem i muzyką. Mogę łączyć jedno z drugim, to, co jest mi najbardziej bliskie, potrzebne, i skupić się na tym. To daje mi tylko radio. Telewizja ogromnie dużo energii i troski – mówiąc inaczej „pary”, zabiera na to, jak to wygląda. Czy tam jest czysto, czy się marszczy, czy jest kropka... – co dla mnie nie ma prawie żadnego znaczenia. O wiele bardziej interesuje mnie sedno – to znaczy dotarcie do jakiejś prawdy, dźwięku, do sformułowania rzeczywistego i radio daje tę wolność. Podkreślę – gdybym musiał wybierać jedno zajęcie, zostałbym radiowcem. Myślę, że byłoby to zajęcie najbardziej zgodne z moimi zainteresowaniami i możliwościami.

     Mógłby się Pan realizować w różnych formach słowno-muzycznych, a pewnie teatr radiowy byłby Panu najbliższy.

     Prawdę mówiąc, ja to wszystko robiłem – pisałem słuchowiska, występowałem w nich, prowadziłem różne cykliczne audycje, ale nigdy nie byłem na etacie. W radiu zjawiłem się bardzo wcześnie, bo na początku lat 60-tych, kiedy przyszło do słynnego „Żaczka” – męskiego Domu Studentów UJ, zaproszenie na dyskusję do Radia Kraków. Potrzebna była do programu młodzież i zostałem wytypowany. Szedłem „z duszą na ramieniu” i z ogromnym zaciekawieniem, a wyszedłem oczarowany. Od tego czasu pozostaję w stałym kontakcie (częstszym lub rzadszym) z radiem.

     Ten kontakt z radiem i wszelkie dokonania Pana dla Polskiego Radia zostały zauważone i wiem już z pewnych źródeł, że 30 listopada w Studiu Koncertowym Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego otrzyma Pan Honorowy Złoty Mikrofon – najwyższe wyróżnienie.

     To prawda, poczułem się dumny. Podkreślić trzeba, że te nagrody radiowe otrzymywały zawsze osoby, których praca na rzecz Radia zasługiwała niewątpliwie na najwyższe uznanie.

     W ubiegłym roku także zauważono, że w czasie 75 lat życia zrobił Pan sporo i otrzymał Pan najwyższe odznaczenie za osiągnięcia w dziedzinie kultury – Złotą Glorię Artis, a Prezydent Andrzej Duda uhonorował Pana Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

     Nie ukrywam, że byłem autentycznie wzruszony, zaskoczony, uradowany i ciepło mi się robi koło „serducha”, że jednak przy nie za wielkiej mojej obecności medialnej ktoś spostrzega dorobek i postawę ludzką w życiu, zaangażowanie lub brak innego zaangażowania tam, gdzie raczej nie byłoby się czym chełpić. Przez całą drogę, którą przeszedłem – mogłem spokojnie patrzeć na własne odbicie w lustrze. W czasach wszechobecnego Internetu odbieram dużo sygnałów od wielu osób, że moja twórczość była im w czymś pomocna, przyniosła jakieś wzruszenia, dostarczyła wsparcia, potwierdziła czyjeś wątpliwości czy wybory. Cały tomik mógłbym złożyć z opowieści, jakie zdarzyły się dzięki temu, że ktoś posłuchał mojej piosenki, przeczytał wiersz i okazało się to komuś potrzebne.

     Piękny wstęp przeczytałam w zapowiedzi koncertu w Rzeszowie – słowa Roberta Kabary – mojego ulubionego skrzypka: „Kraków ma przecież piękną tradycję swoich poetów i bardów: Zielony Balonik śpiewał w Jamie Michalika za czasów Boya zgrabne, czasem rzewne, czasem jadowite kuplety, Gałczyńskiego zaczarował krakowski dorożkarz, a krakowian Piwnica pod Baranami. A mnie było dane w gorących czasach studenckich słuchać śpiewanych poezji Leszka Długosza. Pozostał mi wielki sentyment i pamięć ulubionych utworów. Do dziś!”.

     Dla mnie zdumiewającą historią jest ta przyjaźń (bo tak mogę powiedzieć), z Robertem. Po wspólnych rozmowach okazało się, że interesował się, znał i była mu bliska moja twórczość: piosenki, teksty i postać, a ja jego słuchałem z podziwem, wielkim wzruszeniem i nigdy nie wydawało mi się, że możemy się tak „dogadać” jako ludzie i jako artyści. Świetnie potrafimy się porozumieć prywatnie i zawodowo. Chcielibyśmy nagrać wspólną płytę i mamy już pewne pomysły. Na mojej jubileuszowej płycie jest nagrana „Ćwierć piosenka” moje autorstwa, a Robert nagrał tam taką solówkę, że nikt by piękniej od niego tego nie zrobił. Słucham tego nagrania z nieustającym wzruszeniem. Dziwię się, że podobno to ja wymyśliłem tę melodyjkę, bo on zrobił z tego coś cudownego.

     Pewnie musieli Panowie sporo czasu spędzić na doborze piosenek do tego programu, bo napisał ich Pan wiele, a w programie może się znaleźć kilkanaście.

     Wiadomo było, że wieczór będzie musiał mieć jakieś przyzwoite ramy, bo zaprosiłem także fantastycznych gości – najlepszych aktorów, żeby przeczytali moje wiersze, czyli Jurka Trelę i Halinę Łabonarską, która dała taki koncert, że widownia „z zapartym tchem” słuchała, patrzyła, a ja niekoniecznie żartobliwie powiedziałem, że „...gdyby za kulisami stała Helena Modrzejewska, to byłaby mocno zaniepokojona tą wspaniałą interpretacją” (śmiech).

     Kto był autorem tego całego przedsięwzięcia?

     Autorką jest „kobieta-demon”, która nazywa się Pani Jolanta Janus. Ta pani organizowała w Krakowie szereg koncertów i akcji społecznościowych, m.in. organizowała koncerty na rzecz Szpitala Dziecięcego w Prokocimiu zatytułowane „Kolędy do nieba”. Pani Jolanta wiedziona jakimś instynktem albo znawstwem, upatrzyła sobie Roberta, jego Śląską Orkiestrę Kameralną i upatrzyła sobie mnie. Stwierdziła, że jesteśmy jej bardzo potrzebni do tych koncertów, a później zapytała wprost: „Dlaczego nie możecie zrobić czegoś większego razem?”. Okazało się, że „miała nosa”, chociaż na początku to wcale nie było takie oczywiste. Okazało się, że jesteśmy niezwykle komunikatywni, dogadujemy się muzycznie i doskonale się dopełniamy. Jeden drugiego rozumie w lot i ta współpraca stała się przyjemnością. Robert namówił swoją Orkiestrę, Ryszard Borowski wszystko zaaranżował niezwykle oryginalnie. Ja wiedziony ciekawością, czy jeszcze inaczej można te piosenki zaaranżować, dałem im wolną rękę. W ten sposób powstał koncert poetycko-muzyczny „Także i ty i tobie też”. Graliśmy ten koncert tylko w Katowicach, w Krakowie i trzeci raz w Rzeszowie.

     Skoro rozmawiamy w Rzeszowie – stolicy Podkarpacia, to pragnę podkreślić, że Pana rodzinna miejscowość znajduje się aktualnie w powiecie stalowowolskim, czyli na Podkarpaciu. Na tej ziemi pokochał Pan muzykę, poezję i literaturę.

     Faktycznie, to wszystko zaczęło się w dzieciństwie, w maleńkim, kochanym miasteczku Zaklików, w przepięknych okolicznościach przyrody, bo tam spotkałem ludzi nadzwyczajnych, a zwłaszcza jedną postać, która zajmowała się moją edukacją w sposób nieformalny, bo to nie była moja nauczycielka ze szkoły. To była osoba zaprzyjaźniona z moją rodziną, fenomenalna postać: niezwykle odważna, zdolna, wielkiego charakteru. Otoczenie postrzegało ją jako kobietę niekonwencjonalną. Ta starsza Pani studiowała w młodości jako jedna z pierwszych Polek na Sorbonie, świetnie grała, wspaniale malowała i była Europejką w najlepszym stylu. W młodości była osoba bardzo zamożną, a pod koniec życia osobą wolną, ponieważ wszystko oddała. Niewielki mająteczek, który jej został, w porozumieniu z biskupem ówczesnym, późniejszym kardynałem Wyszyńskim, oddała zakonnicom, które powróciwszy ze Lwowa nie miały w Polsce żadnego przystanku. Była naturystką, chodziła boso, kąpała się okrągły rok w przerębli. Ja byłem od dziecka jej ulubieńcem, gdyż wzięła mnie pod swoją kuratelę, jak miałem pięć lat. Uczyła mnie wszystkiego i to jest temat na długą oddzielną opowieść. To u niej zacząłem się uczyć grać na fortepianie. Ten fortepian marki Pleyel kupił jej ojciec, na pierwszej wystawie w Paryżu w 1889 roku, pamiętam, że było to w 100-lecie Rewolucji Francuskiej i ten Pleyel był odznaczony Złotym Medalem. Instrument ten tułał się z Panią Anną Nagórską, aż trafił do mojego domu. Minęła cała epoka, dwie wojny światowe, a ten instrument przetrwał i medal się nie zagubił. Po wojnie, w lasach, w strasznych czasach ja byłem szczęściarzem, bo miałem możliwość otrzymania edukacji w starym stylu, ale na najwyższym europejskim poziomie, bo z nauką muzyki, literatury, sztuki, języków – wszystkiego.

     Rozpoczynając działalność artystyczną był Pan już należycie przygotowany.

     Mogę nawet powiedzieć, że byłem na to skazany. Byłem przywykły do innej odwagi, do innego szukania i do innych potrzeb. Dla mnie ważne było, żeby grać, czytać, żeby zabawy były niekonwencjonalne – pamiętam zabawy z Anną Nagórską polegające na skojarzeniach, do czego rosnące drzewa można przyrównać. Fantastyczne porównanie – do czego podobna jest topola? Do wykrzyknika! Tak wyglądały od dziecka moje ćwiczenia.

     Jest Pan po prostu szczęściarzem.

     To prawda. Wiele razy przekonałem się o tym, że coś, co nie miało prawa dobrze się skończyć – faktycznie miało dobry finał. Wywinąłem się z różnych strasznych opałów. Fakt, że w Krakowie trafiłem do Piwnicy pod Baranami, był wielkim szczęściem. Było to środowisko niesłychanie kreatywne, twórcze, rozluźnione, ale jednocześnie ambitne, pełne pomysłów.

     Kiedy w Piwnicy pod Baranami przestało już być tak twórczo i kreatywnie, odszedł Pan z tego zespołu i znowu miał Pan szczęście – otrzymał Pan stypendium rządu francuskiego, wyjechał Pan do Francji i nagrał Pan płytę.

     To było spełnienie mojego marzenia. Nie za pierwszym razem, ale się udało. Przechodziłem selekcje polegające na egzaminach w ambasadzie, okazywało się, że jakiś „czynnik polski” wysłał kogoś innego, ale w końcu się zdarzyło. Spędziłem pół roku we Francji, trochę w Paryżu, ale także wiele podróżowałem. Nawet miałem propozycję pozostania i znowu w radio – w sekcji polskiej Radia Francuskiego. Było nawet tak, że udało się w tym czasie przyjechać do Francji mojej żonie ze starszym synem, który miał wtedy siedem lat i mogliśmy zostać, ale się nie zdecydowałem. Aspekty ekonomiczne ani polityczne nie były pierwszoplanowe. Zrozumiałem, że to już może jest za późno, czułbym, że jestem gościem i wszystko, co chciałbym powiedzieć w poezji czy piosenkach – byłoby tłumaczeniem „siebie na coś”. Pomyślałem, że dla twórcy, dla artysty to duże ograniczenie. Chociaż dobrze znałem język francuski, czułbym z pewnością ograniczenia w wyrażaniu wszystkich uczuć. Ponadto nie byłbym u siebie, we własnych korzeniach, przyrodzie, odniesieniach, biografii. Byłbym ciągle gościem. Wielu sławnych polskich artystów wyjechało za granicę i zrobili tam karierę. Ja nie potrafiłem. Musiałem wrócić i zostać w ojczyźnie. Tak byłem wychowany od dziecka i miałem poczucie wdzięczności dla pokoleń, które Polskę nam wywalczyły nakładem wielkich ofiar, strat i cierpień. Dzięki nim mamy wolną Polskę.

     Czuje się Pan człowiekiem spełnionym.

     Nie, jeszcze nie, ale czuję, że robię to, co lubię i uważam, że ma to jakąś wartość i może się przydać także innym ludziom. Zauważyłem, że moja twórczość nie starzeje się. Trafiłem na takie powiązania i stylistykę, która nigdy nie poddaje się modom. Staram się na swój sposób organizować materię – czy to literacką, czy muzyczną, że nawet moje najstarsze piosenki nie wymagają tłumaczenia, nie są śmieszne i nie drażnią manierą, są klasyczno-obiektywne. Piotr Skrzynecki zwykle mówił o mnie: „to jest taki piosenkarz, pieśniarz – jakby państwu powiedzieć – romantyczny. Pełen emocji, uniesienia, żaru, a jednocześnie w klasycznej formie i polski”.

     Polski i romantyczny najbardziej do Pana pasuje.

     Wcale się przed tym nie bronię – przeciwnie, wypinam dumnie pierś.

Z Panem Leszkiem Długoszem – poetą, pieśniarzem, kompozytorem, pianistą, aktorem, autorem wielu tomików poetyckich, płyt autorskich, programów radiowych i felietonistą rozmawiała Zofia Stopińska 11 listopada 2017 roku w Rzeszowie.

Organy fascynowały mnie od najmłodszych lat

    Zofia Stopińska: Proponuję dzisiaj rozmowę z Panem Adrianem Galą – drugim wykonawcą Koncertu Finałowego XII Festiwalu Muzyki Organowej i Kameralnej „Ars Musica”, który odbył się 5 listopada w przepięknym, zabytkowym kościele w Iwoniczu. Zasiadając przy organach w tej świątyni miał Pan podobne problemy, jak przed każdym koncertem w miejscu, w którym występuje się po raz pierwszy, bo każde spotkanie z nieznanym instrumentem to przygoda.

    Adrian Gala: Tak, organiści są już przyzwyczajeni do tego, że prawie nigdy nie są u siebie w domu. Grający na instrumentach smyczkowych czy dętych mają zazwyczaj swoje instrumenty, pianista do różnych instrumentów zasiada, ale znając markę instrumentu jest w stanie przewidzieć jego brzmienie. Organista za każdym razem zasiada do innego instrumentu. Nawet jeśli mamy podaną dyspozycję organów, nie jesteśmy w stanie przewidzieć brzmienia rejestrów czy ciężkości klawiatur. Tego uczymy się dzięki koncertom – im częściej występujemy, tym lepiej radzimy sobie z każdym nowym instrumentem i mniej czasu potrzebujemy na przygotowanie się do koncertu. Ale zawsze tego czasu jest za mało.

    Koncerty w świątyniach często odbywają się w niedziele, kiedy jest więcej nabożeństw, niż w inne dni tygodnia.

    Dlatego przyjechaliśmy wczoraj, aby mieć cały wieczór na zarejestrowanie i próbę, stąd dzisiaj był czas na drugą próbę i „spojrzenie” na wszystko świeżym uchem. Trochę inne odczucia mieliśmy wczoraj, inne podczas dzisiejszej próby, a jeszcze inne podczas koncertu. Obecność publiczności zmieniła trochę akustykę wnętrza, a ponadto siedząc przy organach na górze zupełnie inaczej słyszę niż publiczność na dole. Musimy się kierować wyobraźnią i doświadczeniem wykonując zarówno utwory solowe, jak i kameralne.

    Aktualnie jest Pan studentem Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w klasie organów, ale podobno, jako mały chłopiec, rozpoczynał Pan od nauki gry na akordeonie.

    Szkołę muzyczną I stopnia ukończyłem na akordeonie, chociaż organy od najmłodszych lat mnie fascynowały, wzbudzały mój zachwyt i podziw. Pamiętam, że jako mały chłopiec, podczas mszy niedzielnych, kiedy słyszałem, jak organista grał, przebierałem palcami po ławeczce. Później mój nauczyciel fortepianu zabrał mnie pierwszy raz na chór, bo jego ojciec był organistą, a on czasami go zastępował. Po ukończeniu Szkoły Muzycznej I stopnia w Skierniewicach rozpocząłem naukę w Salezjańskiej Ogólnokształcącej Szkole Muzycznej II stopnia w Lutomiersku w klasie organów. Później rozpoczęły się studia na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie na Wydziale Dyrygentury Chóralnej, Edukacji Muzycznej, Muzyki Kościelnej, Rytmiki i Tańca na kierunku Muzyka Kościelna. Osobą, która miała ogromny wpływ na dalszą moją edukację, był Pan dr hab. Ireneusz Wyrwa, który pokazał mi różne tajniki gry na organach - na przykład, że można artykulacją zmienić dynamikę. Pod kierunkiem prof. Ireneusza Wyrwy ukończyłem studia uzyskując tytuł magistra i otrzymując dyplom z wyróżnieniem. Postanowiłem, że na tej samej uczelni ukończę jeszcze studia na Wydziale Fortepianu, Klawesynu i Organów, na kierunku organy. Aktualnie studiuję pod kierunkiem Pana dr hab. Bartosza Jakubczaka i Pana dr hab. Jarosława Wróblewskiego.

    Jest okazja do poszerzenia swego repertuaru i konfrontowania go pod okiem dwóch mistrzów.

    Mogę bazować na wiedzy zdobytej u wielkiego autorytetu, którym jest dla mnie niewątpliwie Pan prof. Ireneusz Wyrwa i konfrontować z tym wszystkim, czego dowiaduję się od dwóch kolejnych mentorów: dr hab. Bartosza Jakubczaka i dr hab. Jarosława Wróblewskiego. Są to wspaniali artyści z dużym doświadczeniem i wiedzą. Czasami mamy inne wizje dotyczące interpretacji utworów, ale studia nie polegają na narzucaniu swoich wizji. W szkole muzycznej I i II stopnia jest to potrzebne, aby ukształtować młodego człowieka. Na studiach każdy już szuka własnej drogi, ale trzeba także korzystać ze wskazówek wspaniałych pedagogów.

    Młodzi artyści starają się także uczestniczyć w konkursach – Pan też to robi.

    Niedawno byłem w Mielcu na Konkursie Muzyki Organowej i Organowo-Kameralnej Artem Cameralem Promovere, gdzie zajęliśmy z zespołem trzecie miejsce, uzyskując tytuł laureata. Było to bardzo ciekawe doświadczenie i zarazem podsumowanie naszej pracy. W tym roku zakwalifikowałem się także do V Międzynarodowego Konkursu Organowego Agati Tronci w Pistoi we Włoszech i zostałem finalistą tego konkursu. To też było dla mnie duże osiągnięcie, bo spośród 56 uczestników w finale znalazło się 14 osób i ja byłem w tym gronie. Na każdy konkurs trzeba przygotować duży repertuar i trzeba pracować z dużym wyprzedzeniem.

    Wiele pracy i nowych wyzwań. Ważne miejsce w Pana działalności zajmuje muzyka kameralna.

    Tak. Tworzymy duet z sopranistką Alicją Krasińską i pracujemy ciągle nad nowymi utworami, aby promować muzykę kameralną na głos i organy. Pięknych i ciekawych utworów jest na ten skład bardzo dużo, a najczęściej wykonywanych tylko kilka pieśni. Mamy sporo utworów, w których partia organów nie ogranicza się do akompaniamentu, a jest na równi z głosem solowym.

    Studiujący organiści mają zazwyczaj problem z dostępem do instrumentu. Wiadomo, że uczelnie nie dysponują wystarczającą ilością instrumentów. Pan pełniąc funkcję organisty w jednym z warszawskich kościołów ma instrument do ćwiczenia.

    To jest bardzo ważne, bo mogę dużo ćwiczyć na organach. Jest to, niestety, instrument elektroniczny, ale w pierwszych etapach pracy nad utworem jest bardzo pomocny. Na uczelni w ciągu dnia możliwości są niewielkie, ale można ćwiczyć nocą, co nie jest komfortowe. Staram się jednak, aby codziennie cztery lub pięć godzin spędzać przy instrumencie.

    Wracając do koncertu w Iwoniczu pragnę pogratulować nie tylko wspaniałego wykonania wszystkich utworów, ale także doboru programu. Pięknie zabrzmiały utwory Dietricha Buxtehudego (mistrza Johanna Sebastiana Bacha), oraz organowa transkrypcja Koncertu a-moll Johanna Sebastiana Bacha w zestawieniu z repertuarem romantycznym na głos i organy.

    Wczoraj miałem trochę wątpliwości, czy te pieśni romantyczne dobrze zabrzmią na tym instrumencie, bo organy kościoła w Iwoniczu nadają się bardziej do wykonywania muzyki barokowej, ale dzisiaj, szczególnie po koncercie, jestem pewny, że wybór był trafny. 4 Pieśni na głos i organy Josepha Rheinbergera zostały skomponowane na głos i organy, natomiast Pieśni biblijne Antonina Dvořáka to kompozycja na głos i fortepian lub orkiestrę. Przygotowując je na głos i organy starałem się, aby zabrzmiały ciekawie. Myślę, że udało mi się znaleźć dużo ciekawych barw, które dobrze komponowały się z głosem sopranowym Alicji. Dzięki temu, że za każdym razem gram je na innym instrumencie, ta muzyka cały czas żyje.

    Mam nadzieję, że wyjeżdżacie z Iwonicza z dobrymi wrażeniami i zechcecie tutaj wrócić.
    Chcielibyśmy przyjechać tutaj na parę dni, bo Iwonicz i Iwonicz Zdrój słynie z dobrego klimatu. Nie mieliśmy też okazji, aby popatrzeć, co znajduje się wokół, bo wczoraj przyjechaliśmy wieczorem i już było ciemno, teraz już także jest ciemno, a za chwilę musimy wyjechać. Myślę, że niedługo zwiedzimy te okolice.

Z Panem Adrianem Galą – młodym organistą, studentem Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie rozmawiała Zofia Stopińska 5 listopada 2017 r. w Iwoniczu.

Jestem bardzo wymagającym dyrygentem

    Zofia Stopińska: Maestro Massimiliano Caldi jest od bieżącego sezonu artystycznego głównym dyrygentem Filharmonii Podkarpackiej im. Artura Malawskiego w Rzeszowie. Naszą orkiestrę zna Pan doskonale, bo wcześniej wielokrotnie dyrygował Pan tym zespołem.

    Massimiliano Caldi: 6 października bieżącego roku inaugurowaliśmy nowy sezon artystyczny, a jedenaście lat temu, także na początku października, dyrygowałem Orkiestrą Filharmonii Podkarpackiej po raz pierwszy. Sala i budynek Filharmonii były jeszcze przed remontem. Później wielokrotnie przyjeżdżałem tutaj i prowadziłem różne koncerty. W poprzednim sezonie artystycznym Pani prof. Marta Wierzbieniec zaproponowała mi objęcie funkcji głównego dyrygenta, a ja z radością się zgodziłem. Teraz pracujemy już regularnie. Znamy się z Orkiestrą bardzo dobrze – oni wiedzą, jakie są moje oczekiwania, a ja doskonale wiem, jak oni reagują na moje uwagi i gesty batuty. Dobry kontakt ułatwia pracę, ale ja jestem bardzo wymagającym dyrygentem, który chce od razu osiągnąć zamierzony efekt. Muzycy wiedzą, że musimy pracować wytrwale, a ja swoje zadowolenie okażę im dopiero po koncercie.

    Najważniejsze, że regularnie przyjeżdża Pan do Rzeszowa, pracujecie i koncertujecie.

    To prawda, dyrygowałem w Rzeszowie także 6 listopada, teraz przygotowujemy się do koncertu, który odbędzie się 1 grudnia, a kolejne będą 31 grudnia, 1 stycznia i w każdym miesiącu oprócz kwietnia będę pracował z Orkiestrą Filharmonii Podkarpackiej.

    Trzeba podkreślić, że listopadowy koncert w Rzeszowie był jednocześnie generalną próbą przed występem w słynnej Złotej Sali Musikverein w Wiedniu. Orkiestra wystąpiła tam już po raz szósty i przed każdym wyjazdem do Wiednia muzycy pracują w wielkim skupieniu, a koncertowi towarzyszą szczególne emocje. Myślę, że dyrygent także jest pod wrażeniem tego miejsca.


    Oczywiście. 10 listopada Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Podkarpackiej pod moją batutą wystąpiła w tej wspaniałej sali. Nie byłem zdenerwowany, ale byłem wzruszony. Złota Sala Musikverein w Wiedniu od dawna jest świątynią muzyki symfonicznej. Dla muzyki operowej takim miejscem jest mediolańska La Scala. Po raz pierwszy byłem w Złotej Sali dokładnie 25 lat temu, kiedy studiowałem w Wiedniu – miałem wówczas także 25 lat i w czasie koncertu pomyślałem: kto wie, może kiedyś także stanę we fraku z batutą w ręku na tej estradzie. Minęło ćwierć wieku i w Złotej Sali dyrygowałem naszą Orkiestrą. Moje marzenie się spełniło. To był wspaniały, niezapomniany wieczór.

    Niedawno zakończył się X Międzynarodowy Konkurs Dyrygentów im. Grzegorza Fitelberga w Katowicach, a na najwyższym podium stanął Su-Han Yang z Tajwanu. W 1999 roku to Pan był laureatem pierwszej nagrody. Ten konkurs miał z pewnością wielki wpływ na Pana karierę.

    Oczywiście, to był najważniejszy konkurs w moim życiu. Muszę podkreślić, że od początku był to i jest nadal bardzo trudny konkurs. O ile dobrze pamiętam, przystąpiło do niego 60 osób, w kolejnych etapach zostało: 25, 16 i 6 osób, które otrzymały nagrody i wyróżnienia. Cały konkurs był dla mnie wyczerpujący i trwał aż trzy tygodnie.

    Jako zwycięzca Konkursu Grzegorza Fitelberga był Pan zapraszany często do Polski i tak rozpoczęła się współpraca z wieloma polskimi orkiestrami, był Pan dyrektorem artystycznym lub pierwszym dyrygentem naszych orkiestr filharmonicznych.

    Dyrektorem artystycznym byłem tylko w Katowicach, podczas długiej współpracy ze Śląską Orkiestrą Kameralną, gdzie najpierw byłem głównym dyrygentem, później przez cztery lata dyrektorem artystycznym, a następnie ponownie głównym dyrygentem. Po raz ostatni dyrygowałem Śląską Orkiestrą Kameralną ponad trzy lata temu podczas Muzycznego Festiwalu w Łańcucie. Mam w planie koncert z tą orkiestrą w kwietniu przyszłego roku. Później pracowałem w Gdańsku i w Koszalinie. W Koszalinie byłem pierwszym dyrygentem i konsultantem artystycznym. W Gdańsku też byłem pierwszym dyrygentem, a teraz jestem tam pierwszym gościnnym dyrygentem, ale aktualnie najważniejszym miejscem jest dla mnie Filharmonia Podkarpacka w Rzeszowie, bo jestem tu głównym dyrygentem.

    Z pewnością będzie Pan dbał o rozwój naszej Orkiestry i ma Pan wiele planów artystycznych związanych z tym zespołem.

    Owszem, mamy sporo planów z Panią prof. Martą Wierzbieniec. Pani prof. Wierzbieniec jest bardzo konkretną osobą i chyba najbardziej kompetentnym dyrektorem, jakiego spotkałem w Polsce. Trzeba podkreślić, że nasza współpraca jest bardzo dobra. Wszystko, co ustalamy, jest realizowane, bo często spotykałem się z sytuacjami, że słowa nie pokrywały się z czynami. Z Panią dyrektor Martą Wierzbieniec najpierw wszystkie propozycje szczegółowo omawiamy, uzgadniamy, a później są one realizowane.

    Wiem, że w najbliższym czasie w programach Orkiestry Filharmonii Podkarpackiej pojawi się dużo muzyki polskiej. Nasza muzyka jest Panu dobrze znana.

    Znam wiele utworów polskich kompozytorów. Polska muzyka XX wieku jest według mnie najlepsza na świecie. Zaplanowałem, że podczas każdego koncertu w przyszłym roku kalendarzowym znajdzie się jeden utwór polskiego kompozytora, m.in.: Moniuszki, Kurpińskiego, Lipińskiego, Paderewskiego, Kilara. Chciałbym też, aby znalazł się mój ulubiony poemat symfoniczny – „Step” – Zygmunta Noskowskiego. To jest pierwszy utwór z gatunku muzyki symfonicznej w Polsce. Widzi Pani na moim biurku katalog PWM, w którym są wyłącznie krótkie utwory orkiestrowe – od dwóch do dziesięciu minut, wybór jest bardzo duży.

    W Wiedniu podbiliście serca publiczności wykonując na bis „Bajkę” Stanisława Moniuszki.

     Przed tym bisem zapowiedziałem publiczności: >Proszę państwa. Nie zagramy teraz „Marsza Radetzkiego” ani walca „Nad pięknym modrym Dunajem”<... i wówczas rozległo się z sali krytyczne westchnienie: „Ooo”, a wtedy powiedziałem: >Dedykujemy wam piękny utwór polskiego kompozytora Stanisława Moniuszki zatytułowany „Bajka”<. Po wykonaniu utworu długo nie milkły brawa. Owację można porównać jedynie do fajerwerków.

    Ma Pan także sporo planów artystycznych związanych ze swoją ojczyzną i z ośrodkami muzycznymi w innych krajach.

    W ostatnich latach odbyłem tournée do Izraela, Stanów Zjednoczonych, Chile, Brazylii i Niemiec. Mam zaplanowane koncerty we Włoszech, a także między innymi w Stambule i St. Petersburgu. Szczególnie się cieszę, że częściej niż do tej pory będę dyrygował we Włoszech. Te koncerty są dla mnie bardzo ważne, bo odbędą się w mojej ojczyźnie, którą kocham i gdzie mam swój dom. Niestety, mamy problemy finansowe, korupcję, mafię, a sytuacja ekonomiczna w moim rodzinnym kraju nie jest dobra, ale to wcale nie oznacza, że mamy rezygnować – wręcz przeciwnie, musimy robić coraz więcej dobrych rzeczy, aby to wszystko zmienić.

    W najbliższy piątek wykonacie w Filharmonii Podkarpackiej dwa wspaniałe dzieła: Koncert na klarnet i altówkę Maxa Brucha i I Symfonię D-dur „Tytan” Gustava Mahlera.

    I Symfonia Gustava Mahlera ma związki z Wiedniem i kiedy zaplanowaliśmy ten utwór rok temu, nie było jeszcze wiadomo, że trzy tygodnie wcześniej będziemy koncertować w Wiedniu. Chcę jeszcze podkreślić, że dyrygowałem tym utworem tylko jeden raz i było to dwadzieścia pięć lat temu w Szeged na Węgrzech. Ćwierć wieku minęło, zanim postanowiłem powrócić do I Symfonii Mahlera. Często postępuję tak, jak mój ulubiony dyrygent Riccardo Mutti, który dyrygował „Don Giovannim” Mozarta dopiero, jak skończył 50 lat. Według mnie Symfonie Mahlera są dla doświadczonych dyrygentów. Mam nadzieję, że w piątek publiczność będzie zadowolona z naszego wykonania. Chciałbym, aby wszystko zabrzmiało zgodnie z partyturą i intencjami kompozytora. To prosty i piękny utwór, a jego część trzecia to arcydzieło porównywalne jedynie z drugą częścią Symfonii koncertującej Mozarta albo z drugą częścią V Symfonii Czajkowskiego. Są takie wyjątkowe dzieła w historii muzyki. Mam nadzieję, że z widowni popłyną na estradę dobre fluidy, które nam pomogą.

    Jestem przekonana, że również dobrze zostanie przyjęty Koncert na klarnet i altówkę Maxa Brucha, bo to piękne dzieło i nie pamiętam, czy było kiedyś w Rzeszowie wykonywane.

    Ja także pierwszy raz będę dyrygował tym utworem – bardzo interesującym, zwłaszcza jeśli chodzi o budowę – po części pierwszej, która jest introdukcją, mamy część środkową, a finałowa część trzecia stanowi syntezę całości. Max Bruch był geniuszem, ale na estradach króluje tylko Koncert skrzypcowy i Kol Nidrei tego kompozytora, a on skomponował bardzo dużo znakomitych utworów . Koncert na klarnet i altówkę jest najlepszym przykładem. Z pewnością będzie to wielka niespodzianka dla publiczności. Zapraszam serdecznie w piątek o 19:00 do Filharmonii Podkarpackiej na bardzo interesujący koncert.

Z Maestro Massimiliano Caldim, głównym dyrygentem Filharmonii Podkarpackiej im. Artura Malawskiego, rozmawiała Zofia Stopińska 29 listopada 2017 roku.

Grając musimy tworzyć jeden organizm

    Zofia Stopińska: Mam przyjemność przedstawić Państwu Duet fortepianowy „Poème Piano Duo”, który tworzą dwie znakomite pianistki – Olga Anikiej i Katarzyma Makal-Żmuda, związane z Uniwersytetem Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie – Wydziałem Instrumentalno-Pedagogicznym w Białymstoku. Rozmowa została zarejestrowana przed koncertem abonamentowym w Filharmonii Podkarpackiej. Dla mnie gra w duecie fortepianowym wymaga specjalnej umiejętności muzykowania.

    Katarzyna Makal-Żmuda: To jest kameralistyka najwyższego lotu, można powiedzieć: kwintesencja kameralistyki, i chyba najtrudniejsza forma fortepianowa.

    Olga Anikiej: Dość późno zaczęłyśmy grać w duecie fortepianowym. Wcześniej miałyśmy duże doświadczenie w wykonawstwie muzyki kameralnej, ale z innymi instrumentami i wydawało nam się, że to wszystko od razu będzie świetnie i rzeczywiście na wielu polach rozumiałyśmy się, aczkolwiek okazało się, że gra na dwa fortepiany wymaga troski o detale, których w graniu z innymi instrumentami nie bierze się pod uwagę. Chodzi tu przede wszystkim o rodzaj artykulacji, przeczuwanie początku i zakończenia frazy, bo dzieli nas spora odległość.

    K. M. Ż.: Wspólny oddech jest najważniejszy, a jest on przez nas widziany, a nie słyszany. Grając musimy tworzyć jeden organizm. Na szczęście podobnie czujemy muzykę, tak samo frazujemy i dużo rzeczy gramy w sposób naturalny, a resztę musimy wyćwiczyć.

    Z. S.: Często się także zdarza, że mają Panie do dyspozycji tylko jeden fortepian.

    K. M. Ż.: Tak, zaczynałyśmy od Tańców Moszkowskiego czy Chopina – siadałyśmy wówczas na jednym stołku, rozczytywałyśmy, a po zapoznaniu się z treścią muzyki – grałyśmy.

   O. A.: Jednak zawsze czujemy się dużo swobodniej grając na dwóch fortepianach. Nawet utwory pisane na cztery ręce tracą na wyrazie, kiedy drugi pianista nie ma żadnego wpływu na pedalizację. Grając na dwóch fortepianach każda z nas w pełni kształtuje swoją partię instrumentalną, przy jednym fortepianie każda robi, co może, bo nie ma innych możliwości. Ponadto faktura utworów wymaga od nas „akrobatyki”, bo często ręce się krzyżują. Zapewniam, że nie jest to łatwe ani komfortowe.

    Z. S.: W bogatym repertuarze „Poème Piano Duo” jest dużo polskiej muzyki i nowej muzyki.

    K. M. Ż.: Z wielką radością sięgamy po utwory kompozytorów związanych ze środowiskiem, w którym żyjemy i pracujemy: Białostoczanina Zbigniewa Popielskiego i Jerzego Maksymiuka. Obaj tajniki gry na fortepianie zgłębiali pod kierunkiem prof. Ireny Kirjackiej, a kompozycję studiowali u prof. Kazimierza Sikorskiego. Zbigniew Popielski i Jerzy Maksymiuk przyjaźnili się przez wiele lat i może dlatego ich muzykę łączy „duch słowiański” w wydaniu współczesnym. Są to bardzo wartościowe i piękne utwory, chociaż niezwykle trudne pianistycznie i wymagające technicznie, ale warte grania. Utwory, które zagramy w Rzeszowie, niestety, nie są powszechnie dostępne, ale już niedługo ukaże się wydanie nutowe Wariacji Popielskiego, natomiast Scherzo grandioso na 2 fortepiany Jerzego Maksymiuka zostało skomponowane na VI Międzynarodowy Konkurs Duetów Fortepianowych w Białymstoku i dlatego doskonale ten utwór znamy. Postanowiłyśmy także nagrać na jednej płycie i często zamieszczać w programach naszych koncertów „Wariacje na temat własny” – Zbigniewa Popielskiego i Scherzo grandioso na 2 fortepiany Jerzego Maksymiuka.

    Z. S.: Po raz pierwszy są Panie na Podkarpaciu i dlatego chcę, aby opowiedziały Panie o dotychczasowej działalności artystycznej. Pochodzicie z Polski północno-wschodniej i tam są wasze domy.

    O. A.: Przyjechałam z Grodna. Studia ukończyłam w białostockiej Filii Akademii Muzycznej Fryderyka Chopina w Warszawie w klasie fortepianu prof. Witalisa Raczkiewicza. Po studiach rozpoczęłam pracę na tej uczelni. Obecnie jestem adiunktem na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie – Wydział Instrumentalno-Pedagogiczny w Białymstoku. W czasie studiów doskonaliłam swe umiejętności także pod kierunkiem innych pedagogów – między innymi u prof. Tatiany Szebanowej, prof. Wiktora Mierżanowa w Konserwatorium Moskiewskim, w Akademii Muzycznej w Mińsku na Białorusi. Wiele nauczyłam się także od polskich mistrzów, między innymi od prof. Włodzimierza Obidowicza, prof. Adama Wodnickiego i prof. Jerzego Marchwińskiego. Postanowiłam pozostać w Białymstoku, bo jest to prężnie rozwijający się ośrodek muzyczny. Współpracuję także z Operą Podlaską, z wokalistami i instrumentalistami działającymi w tym środowisku.

    K. M. Ż.: Ja jestem rodowitą Białostoczanką, natomiast studiowałam najpierw u prof. Joanny Domańskiej w Akademii Muzycznej w Katowicach, a później w klasie prof. Marka Drewnowskiego w Akademii Muzycznej w Łodzi, natomiast mistrzowskie podyplomowe studia odbyłam w bydgoskiej Akademii Muzycznej u prof. Jerzego Godziszewskiego. W czasie studiów miałam możliwość doskonalić się i także zdobywać doświadczenia w dziedzinie muzyki kameralnej, a także uczestniczyć w wielu kursach i seminariach. Aktualnie mieszkam na Mazurach i pracuję także w Szkole Muzycznej I i II stopnia w Ełku, gdzie prowadzę klasę fortepianu. Jestem prezesem Mazurskiego Stowarzyszenia Muzycznego Camerata, które organizuje Międzynarodowy Konkurs Duetów Fortepianowych w Ełku oraz wiele koncertów i warsztatów. Równolegle pracuję (już od 20-tu lat) na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie – Wydział Instrumentalno-Pedagogiczny w Białymstoku. W 2014 roku uzyskałam stopień naukowy doktora habilitowanego i aktualnie mam klasę fortepianu solowego, prowadzę wykłady z zakresu muzyki kameralnej oraz pracuję jako pianistka w klasach skrzypiec i altówki. Prowadzę w sumie bardzo wszechstronną działalność. Ostatnio z Olgą gramy dużo muzyki na dwa fortepiany i jest to bardzo ważny, główny nurt mojej działalności artystycznej w tej chwili. Wspólne granie daje nam dużo satysfakcji i radości, ale dużo koncertujemy także towarzysząc innym wykonawcom. Przygotowujemy także kolejną edycję Międzynarodowego Konkursu Duetów Fortepianowych w Białymstoku. Jest to konkurs skierowany do dojrzałych muzyków, którzy nie przekroczyli 35 roku życia. Liczymy na dużą frekwencję, bo przyjeżdżają na ten konkurs zespoły z całego świata. Konkurs odbywa się co trzy lata.

    Z. S.: Zaczęły Panie wspólnie grać w 2015 roku i można powiedzieć, że Poème Piano Duo to młody zespół.

    K. M. Ż.: Długo przymierzałyśmy się do stworzenia duetu, pomyślałyśmy o zespole kilka lat temu, grając wspólnie Wariacje na temat własny Zbigniewa Popielskiego.

    O. A.: Oficjalne powstanie duetu opóźnił mój doktorat, ale ciągle od czasu do czasu grałyśmy utwory na dwa fortepiany.

    K. M. Ż.: Utworów w repertuarze ciągle przybywało, a zauważyłyśmy, że jest to bardzo atrakcyjna forma dla publiczności. Jest także sporo miejsc, gdzie możemy tę muzykę uprawiać i jest dużo pięknej, bardzo efektownej muzyki przeznaczonej dla dwóch fortepianów.

    Z. S.: Podczas koncertów w Rzeszowie zabrzmiała wyłącznie polska muzyka, bo 9 listopada słuchali duetu uczniowie szkół podstawowych i gimnazjaliści, a koncert abonamentowy odbył się w przeddzień Narodowego Święta Niepodległości. Jak młodzież odbierała utwory, których w większości nie znała?

    K. M. Ż.: Odniosłam wrażenie, że z zainteresowaniem i większość repertuaru spodobała się, bo oklaski były gorące.

    O. A.: Jestem przekonana, że ci młodzi ludzie od czasu do czasu uczęszczają na koncerty muzyki klasycznej, bo słuchali nas z uwagą.

    Z. S.: Mają Panie duży repertuar do zaoferowania publiczności i sporo nowych pomysłów. Możemy polecić uwadze melomanów także płytę kompaktową, która ukazała się niedawno dzięki firmie Acte Préalable.

    K. M. Ż.: Jest to faktycznie nowość, bo ukazała się w lipcu tego roku. Połączyłyśmy na niej utwory na fortepian solo i na duet.

    O. A.: Oprócz Wariacji na temat własny na 2 fortepiany Zbigniewa Popielskiego i Scherza grandioso na 2 fortepiany ja nagrałam Suitę preludiów na fortepian Kazimierza Serockiego, a Kasia zarejestrowała „Preludia sprzed wieków” i „Co powiedziała mi róża” Zbigniewa Popielskiego – dzieła z różnych okresów twórczości kompozytora. To trudne i wymagające utwory. Zachęcamy do sięgnięcia po tę płytę.

    Z. S.: Jestem przekonana, że zechcą Panie na Podkarpacie powracać i prezentować swój szeroki repertuar.

    K. M. Ż.: Bardzo chętnie wystąpimy ponownie w Filharmonii Podkarpackiej, ale z przyjemnością zagramy także w mniejszych ośrodkach, w szkołach muzycznych, gdzie są coraz to lepsze instrumenty i sale. Mamy nadzieję, że dzięki koncertom poznamy także piękne Podkarpacie.

Z dr Olgą Anikiej i dr hab. Katarzyną Makal-Żmudą, czyli z Poème Piano Duo rozmawiała Zofia Stopińska 10 listopada w Filharmonii Podkarpackiej.

Z Alicją Krasińską nie tylko o muzyce kameralnej

    Zofia Stopińska: Przedstawiam Państwu Alicję Krasińską - utalentowaną młodą studentkę Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie w klasie śpiewu solowego dr hab. Eugenii Rozlach. Rozmowa została zarejestrowana w Iwoniczu, po koncercie finałowym XII Festiwalu Muzyki Organowej i Kameralnej „Ars Musica”, który odbył się w Kościele Parafialnym p.w. Wszystkich Świętych.
Bardzo Pani dziękuję za świetny występ. Przekonaliśmy się, że pieśni romantyczne w dobrym wykonaniu zachwycają i wzruszają. Odniosłam wrażenie, że jest to bliska Pani muzyka.

    Alicja Krasińska: To prawda, że ta muzyka jest mi bliska. Przede wszystkim romantyzm bogaty jest w dzieła skomponowane w oryginale na organy i głos. Śpiewam je często z Adrianem Galą, który dzisiaj także mi towarzyszył. Staramy się poszerzać swój repertuar i okazuje się, że jest bardzo dużo utworów rzadko wykonywanych, i jednocześnie wyjątkowo pięknych, a podczas koncertów we wnętrzach kościołów najczęściej rozbrzmiewają utwory Schuberta i czasami Moniuszki. Miała Pani okazję przekonać się, że te rzadko wykonywane utwory także są bardzo dobrze odbierane przez słuchaczy, którzy przychodzą na koncerty, aby posłuchać miłej dla uszu muzyki.

    Jestem pod wielkim wrażeniem 4 pieśni na głos i organy Josepha Rheinbergera oraz wybranych Pieśni biblijnych op. 99 Antonina Dvořáka, które są związane z sacrum.

    Zawsze towarzyszą nam dodatkowe przeżycia, kiedy w świątyni możemy wykonywać utwory, które są przeznaczone dla tych wnętrz. Antonin Dvořák skomponował Pieśni biblijne w bardzo trudnym momencie życia. Tragedie osobiste pogłębiła tęsknota za ojczyzną, ponieważ przebywał wówczas w Ameryce. Głęboka wiara i wielka pokora kompozytora przekazana jest bardzo prostym językiem muzycznym. Trzeba także podkreślić, że te przepiękne utwory skomponował dojrzały kompozytor, podziwiany za Symfonię „Z nowego świata”. Dla mnie zagadką jest także fakt, że Pieśni biblijne napisane zostały na alt, czyli głos niski, a przecież to wysokie tony głosu sopranowego kojarzone są z „anielskością”, uniesieniem i niebem. Podkreślę, że zawsze najchętniej śpiewam te pieśni we wnętrzach kościołów. W sali koncertowej brakuje mi punktu odniesienia, czyli Pana Boga, do którego kompozytor kierował w formie Pieśni biblijnych swoje modlitwy.

    Przed chwilą „Pieśni biblijne” zabrzmiały w pięknym neobarokowym wnętrzu drewnianego kościoła w Iwoniczu, ale akustyka tej świątyni bardzo przypomina salę koncertową. Łatwo było dostosować się do tych warunków?

    Muszę się przyznać, że było to bardzo trudne, bo najczęściej do tej pory śpiewałam w kościołach z większym pogłosem. Dzisiejszy występ, w jesienne zimne popołudnie, był dla nas sporym wyzwaniem. Chór organowy jest dosyć wysoko i stojąc obok organisty tuż nad głową ma się sufit, który nie działa na korzyść brzmienia głosu i trzeba było tak nim operować, aby wypełnić w miarę równomiernie wnętrze całego kościoła. Ponadto zarówno organista, jak i ja nie słyszymy na górze brzmienia organów i musimy sobie po prostu wyobrazić, co słychać na dole. Nie jest to łatwe, zwłaszcza, że nie mogliśmy przyjechać kilka dni wcześniej, aby zrobić wystarczającą ilość prób i wszystko dopracować w najmniejszych szczegółach, ale zostaliśmy bardzo ciepło przyjęci przez publiczność i mam nadzieję, że efekt końcowy był zadowalający.

    Przystępując do pracy nad utworem czy cyklem utworów stara się Pani wcześniej poznać epokę, w której powstały, kompozytora, miejsce w którym pisał...

    Jak najbardziej, to jest tak naprawdę kluczowy moment poznawania dzieła. Poza warstwą tekstową i muzyczną trzeba poznać historię utworu, bo inaczej będą to puste „odśpiewane” melodyjki, a przecież nie o to chodzi. Wszyscy słuchacze, nawet jeśli po raz pierwszy spotykają się z utworem, potrzebują czegoś więcej. Zadaniem wykonawców jest zainteresować publiczność utworami, które dla niej wykonujemy.

    Jest Pani jeszcze studentką.

    Jestem studentką Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie w klasie śpiewu solowego dr hab. Eugenii Rozlach. Już w szkole II stopnia miałam możliwość pracować pod jej kierunkiem i nasza współpraca układa się bardzo dobrze. Bardzo dobrze się rozumiemy i bardzo dużo nauczyłam się od ten znakomitej artystki. Poznała mnie z bardzo dobrymi pianistami, wprowadziła mnie między innymi w tajniki muzyki kameralnej i umożliwiła mi spotkania z pedagogami, którzy specjalizują się w tym kierunku. Dzięki temu mam świadomość, że twórcami dzieła są wszyscy wykonawcy i musimy się słuchać nawzajem, a nie tylko skupiać się na swojej partii.
Pani prof. Rozlach mobilizuje swoich studentów, do poszerzania swojej wiedzy. Wspiera nas także w poszukiwaniach wysyłając do innych pedagogów. Bardzo duże znaczenie w moim życiu i rozwoju muzycznym miało również poznanie pani Anny Mikołajczyk-Niewiedział. Miałam możliwość pracować z tą artystką przez jeden semestr na Uniwersytecie w ramach zastępstwa, pod nieobecność mojej Pani Profesor oraz uczestniczyć w kursach muzycznych w Lidzbarku Warmińskim. Były to kursy niesamowite, podczas których pierwszy raz miałam możliwość śpiewać muzykę z towarzyszeniem instrumentów dawnych. Zajęcia polegały na tym, próby odbywały się codziennie i przez cały dzień. To były nie tylko próby, ale także różne warsztaty i ćwiczenia, a finałem były zwykle koncerty. Po tych kursach byłam pełna wrażeń i inspiracji. Ponieważ Pani Anna Mikołajczyk-Niewiedział jest aktywną śpiewaczką i specjalistą w wielu dziedzinach, był to dla mnie zaszczyt pracować pod jej kierunkiem.

    Spotyka się Pani z wieloma autorytetami w dziedzinie muzyki kameralnej.

    Tak, kameralistyka bardzo mnie interesuje i w tym kierunku chcę się nadal rozwijać, na studiach magisterskich również, i dzięki spotkaniom z mistrzami w dziedzinie kameralistyki mam często możliwość poznania jednego utworu z różnych stron. Jest to „kopalnia wiedzy” dla mnie i inspiracja do pójścia w ich ślady pracując nad dziełem. Jako śpiewaczka nie jestem „zbyt dotykana” uwagami przez muzyków – kameralistów, a ja wręcz o nie proszę, bo wówczas wiem, co jeszcze mogę poprawić. Uwagi muzyków, z którymi pracuję, są dla mnie bardzo cenne.

    Dzisiaj towarzyszył Pani przy organach Pan Adrian Gala. Niedawno, bo na początku lipca b.r., spotkałam Was podczas konkursu Artem Cameralem Promovere w Mielcu. Otrzymaliście tam trzecią nagrodę, ale nie było wówczas czasu na rozmowę. Jeśli nadarza się okazja, stajecie w szranki konkursowe.

    Tak, bo jest to potrzebne dla własnego rozwoju, a także dla poczucia własnej wartości. Podczas takiego konkursu jest możliwość zawierania nowych znajomości i często ktoś może nam wskazać drogę – co mamy dalej robić. Nawet kiedy ktoś stara się na studia doktoranckie, takie wydarzenia są brane pod uwagę. To jest chyba jedyny konkurs muzyki kameralnej z udziałem organów w Polsce. Nie słyszałam też nic o takich konkursach na świecie. Bardzo nad tym ubolewamy, bo udział w takich konkursach daje ogromną możliwość rozwoju i poszerzania repertuaru, a także mamy gdzie nasze umiejętności pokazać i skonfrontować.
Taką możliwość dają także koncerty i dlatego bardzo dziękujemy dr hab. Bartoszowi Jakubczakowi - dyrektorowi Festiwalu „Ars Musica” za zaproszenie i możliwość zaprezentowania się dzisiaj, bo podczas koncertów mamy jedyną możliwość zaprezentowania naszego repertuaru.

    Konkurs Muzyki Organowej i Organowo – Kameralnej „Artem Cameralem Promovere” w Mielcu jest bardzo trudnym konkursem przede wszystkim dla organisty, ale trudny jest także w części kameralnej. Trzecia nagroda to duże osiągnięcie i możliwość udziału w kolejnej edycji za rok.

    Bardzo byśmy chcieli uczestniczyć w kolejnych edycjach tego konkursu, o ile nam pozwolą terminy. Dla mnie – osoby współtworzącej dzieło z organistą jest to także trudny konkurs, bo każde organy są inne.
Praca z pianistą jest zupełnie inna, bo fortepiany nie różnią się od siebie aż tak bardzo.
Z doświadczenia wiem, że na przykład śpiewanie „Pieśni biblijnych” Antonina Dvořáka z fortepianem i z organami wygląda zupełnie inaczej. Grając z pianistą możemy ściśle trzymać się zapisu nutowego - podam przykład: jeśli mamy w nutach napisane piano – możemy je zrealizować bez żadnego kłopotu, natomiast nie na każdych organach można zagrać piano, jakie ja sobie wyobrażam i to ja muszę swoją dynamikę dostosować do możliwości organów.
Wracając do konkursu – świetnie musi się na nim zaprezentować przede wszystkim organista, bo on jest tam oceniany przez cały czas. W jury zasiadali głównie organiści, bo było ich trzech oraz skrzypek i saksofonista. Nie byłam oceniana przez śpiewaka, ale przy tej ilości wokalistów biorących udział w konkursie byłoby to wskazane. Konkurs Artem Cameralem Promovere w Mielcu jest jednak bardzo wartościowy i potrzebny, bo na wszystkich uczelniach są klasy organów i w czasie studiów są także zajęcia z kameralistyki organowej. Dzięki temu konkursowi mamy się gdzie pokazać i skonfrontować swoje umiejętności.

    Jest Pani na studiach licencjackich. Czy miała już Pani okazję uczestniczyć w spektaklach operowych?

    Dwa razy miałam możliwość brać udział w przedstawieniach operowych - „Orlando Paladino” Józefa Haydna w partii Medora oraz „Suor Angelica” Giacomo Pucciniego. Były to niezwykle ciekawe doświadczenia, które mnie jako młodą śpiewaczkę bardzo rozwinęły i ukazały mi pewne elementy życia zawodowego śpiewaczki. Nie wiem, jak będzie w przyszłości, ale na razie fascynuje mnie muzyka kameralna i oratoryjna. Jak kiedyś powiedziała nam w czasie zajęć pewna pani profesor: „Każdy z was musi podczas studiów znaleźć kierunek, w którym będzie się świetnie czuł. Komuś uda się trafić na słynne sceny operowe i tam będzie mu najlepiej, inny odnajdzie się jako kameralista, ktoś będzie się spełniał wykonując muzykę dawną, a inny współczesną." Jest wiele dróg. Ja mam nadzieję, że jeżeli pan Bóg pozwoli - uda mi się coś wyjątkowego zdziałać w dziedzinie muzyki kameralnej.

    Mam nadzieję, że w przyszłym roku przyjedzie Pani z Panem Adrianem Galą do Mielca na III Konkurs Muzyki Organowej i Organowo-kameralnej „Artem Cameralem Promovere”

    Nie wiem, czy to się uda, jeśli konkurs będzie się odbywał na początku lipca, będziemy zmuszeni z niego zrezygnować ze względu na inne zobowiązania. Jeśli nawet nie przyjedziemy do Mielca w przyszłym roku, to mam nadzieję, że spotkamy się na Podkarpaciu, bo przekonaliśmy się, że odbywa się tutaj sporo różnych koncertów i festiwali, a co najważniejsze nie brakuje publiczności, która chce słuchać muzyki klasycznej. Dziękujemy za gorące przyjęcie wszystkim którzy byli na naszym koncercie w Iwoniczu.

Z Panią Alicją Krasińską - świetną młodą sopranistką rozmawiała Zofia Stopińska 5 listopada 2017 roku w Iwoniczu.

Alicja Krasińska jest absolwentką Zespołu Państwowych Ogólnokształcących Szkół Muzycznych I i II stopnia nr 3 im. Grażyny Bacewicz w Warszawie. Obecnie jest studentką Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie w klasie śpiewu solowego dr hab. Eugenii Rozlach.

Brała udział w kursach wokalnych u dr hab. Jolanty Janucik w Nowym Sączu, Dusznikach Zdrój, u prof. Włodzimierza Zalewskiego w Rheinbergu, czy u Anny Mikołajczyk – Niewiedział w Lidzbarku Warmińskim oraz w warsztatach „Edward Grieg i jego czasy” w Akademii Muzycznej im. K. Szymanowskiego w Katowicach. Rozwija swoje umiejętności w zakresie muzyki kameralnej w klasie kameralistyki prof. zw. dr hab. Krystyny Borucińskiej, prof. zw. dr hab. Katarzyny Jankowskiej, ad. dra Roberta Morawskiego, ad. dr Małgorzaty Trzaskalik–Wyrwa oraz dra hab. Bartosza Jakubczaka. W roku 2015 wraz zespołem organowo skrzypcowym otrzymała III miejsce na II Konkursie Muzyki Organowej i Organowo – kameralnej w Mielcu. Otrzymała również wyróżnienie na III Ogólnopolskim Konkursie Wokalnym im. Prof. Haliny Słonickiej w Suwałkach (2012) oraz III miejsce ex aequo na IV Ogólnopolskim Konkursie Wokalnym im. Prof. Haliny Słonickiej w Suwałkach (2014) Dawała wiele koncertów w Polsce (ZPOSM nr 3 im.G. Bacewicz, w Domu Kultury Śródmieście w Warszawie, w Mazowieckim Centrum Kultury i Sztuki w Warszawie oraz w UMFC w Warszawie). W 2015 roku wykonała partię Medora w operze „Orlando Paladino” J. Haydna. W tym samym roku brała udział w spektaklu „Suor Angelica” G. Pucciniego, w ramach Międzynarodowej Konferencji Puccini na głosy.

Od 2015 roku pracuje jako korepetytor Grodziskiego Chóru Bogorya.

Muzyka jest ciągle moim życiem - mówi Piotr Sałajczyk

    Zofia Stopińska: Z Panem Piotrem Sałajczykiem spotykamy się w Zespole Szkół Muzycznych nr 2 w Rzeszowie przed ostatnimi zajęciami w ramach dwudniowego seminarium dla młodych ludzi, którzy marzą o tym, żeby zostać pianistami. Jak ocenia Pan umiejętności uczestników seminarium?

     Piotr Sałajczyk: Faktycznie, od wczoraj goszczę w Rzeszowie. Jest mi bardzo miło, ponieważ po raz pierwszy jestem w Zespole Szkół nr 2 i muszę powiedzieć, że wizyta tutaj jest dla mnie wielką przyjemnością. Spotykam ciekawe osobowości zarówno jeśli chodzi o uczniów szkół muzycznych II stopnia, jak i wśród uczniów szkół I stopnia. Umiejętności małych dzieci napełniają mnie radością, czuję również wielką odpowiedzialność wobec tych najmłodszych adeptów sztuki pianistycznej, którzy z taką wielką wrażliwością i biegłością potrafią wykonywać bardzo dojrzale utwory, już niedziecięce. Jestem pod dużym wrażeniem i dobre emocje towarzyszą mi od wczoraj, pomimo, że pracy jest dużo, bo zajęcia prowadzę właściwie od rana do wieczora.

    Podczas jednego spotkania pewnie nie można zrobić wiele, ale dla młodych ludzi takie spotkanie jest bardzo ważne i jeśli nawet nie zdążą od razu perfekcyjnie zrealizować wskazówek, to na pewno je zapamiętają.

    Pytanie też, czy będzie im z tymi wskazówkami po drodze. Z pewnej perspektywy rola kogoś odwiedzającego jest wdzięczna, można użyć własnego systemu metodycznego, własnych sposobów myślenia i w ten sposób trafić do wyobraźni drugiego człowieka. Innym zagadnieniem jest codzienna praca ze swoim nauczycielem i rozwiązywanie problemów, których faktycznie w ciągu godziny rozwiązać się nie da i nawet nie powinno się, bo trzeba je przemyśleć, przeżyć oraz samemu wypracować sposoby radzenia sobie z nimi.

    Często Pan takie kursy prowadzi?

    Muszę powiedzieć, że zdarza mi się to coraz częściej. Zacząłem w zeszłym roku, jako młody pedagog szczebla akademickiego, ale zaskakująco szybko stworzyła się grupa szkół, ośrodków nauczania, które mnie zapraszają. Najwięcej zaproszeń otrzymuję ze szkół położonych na wschód od Katowic – miejscu, gdzie pracuję na co dzień. Jest to m.in. Bochnia, Rzeszów, Dębica, będę chyba niedługo w szkole w Mielcu. To jest dla mnie bardzo wdzięczny kierunek i cieszę się zawsze, że mogę być w tych stronach.

    Mam nadzieję, że z powodzeniem dla własnego zdrowia i życia prywatnego łączy Pan trzy nurty działalności, bo występuje Pan często jako solista, znamy Pana jako kameralistę, a do tego doszła jeszcze pedagogika, która zajmuje coraz więcej czasu. Chyba coraz mniej jest czasu na odpoczynek.

    Właściwie nie mam wolnego czasu, bo jeszcze do tego trzeba dodać obowiązki związane ze wzrastająca i powiększającą się rodziną, natomiast jeśli chodzi o łączenie takich specjalności muzycznych, jak pedagogika i działalność koncertowa, to muszę powiedzieć, że jest to sztuka i trzeba podkreślić, że przeistoczenie się z kogoś, kto występuje na scenie w pedagoga - zajmuje mi trochę czasu. Nie potrafię zdjąć fraka i ubrać marynarki, aby od razu stać się panem adiunktem, bo to są absolutnie dwie różne perspektywy, które rządzą się swoimi prawami. Potrzebny jest też czas na skupienie się przed koncertem tylko na tej jednej rzeczy, czyli na występie. Chyba za każdym razem trzeba siebie na nowo wykreować i to bywa trudne, tego nie można zrobić w ciągu kilkunastu minut.

    Wiem, że występując solo stara się Pan promować polską muzykę i chyba najczęściej są to kompozycje z XX i XXI wieku.

    Można powiedzieć, że do niedawna zajmowanie się muzyką nową i najnowszą, czy klasyką XX wieku, było moją specjalnością. Ale moje zainteresowania cofają się coraz dalej w przeszłość, bo moją wielką miłością jest twórczość Karola Szymanowskiego (na ten temat pisałem doktorat). Ostatnio bardzo skupiałem się również na osobie Juliusza Zarębskiego – XIX-wiecznego kompozytora z Żytomierza, o którym zapewne będziemy rozmawiać za chwilę. Natomiast działalność związana z wykonawstwem muzyki 20-wiecznej łączy się ze środowiskiem, w którym (chociaż nie jestem ze Śląska) wzrastałem i się uczyłem czyli ze śląskim środowiskiem muzycznym i kompozytorskim. Śląsk, twórcy muzyki i muzycy w najszerszym tego słowa znaczeniu to ogromne tradycje, jeśli chodzi o wiek XX. Wymienię przede wszystkim Henryka Mikołaja Góreckiego, Wojciecha Kilara, kompozytorów czynnych ciągle - „pokolenie 51”: prof. Knapik, Lasoń, Krzanowski, czy najmłodsze – tu chciałbym podkreślić moją współpracę z Aleksandrem Nowakiem – ich muzyka otacza mnie od czasów liceum. Ta muzyka jest ciągle moim życiem.

    Wielu tworzących współcześnie kompozytorów ma do Pana wielkie zaufanie, bo jest Pan często proszony o pierwsze wykonanie ich utworów.

    Jestem bardzo szczęśliwy z tego powodu, że trafiam w tę strunę (dosłownie i w przenośni),
o którą chodzi kompozytorowi.

    Przed prawykonaniem pewnie wspólnie przeżywacie wielkie emocje. Kompozytorzy są obecni podczas pierwszego wykonanie swojego dzieła.

    Tak, dla mnie odkrywanie nowych dźwięków, nowego świata, jest zawsze wspaniałym przeżyciem. Jest w tym upajający rodzaj wolności. W przypadku dzieł twórców epok minionych takie przeżycia nie są już chyba możliwe. Tu, oprócz odkrycia prawdy partytury, wchodzi w grę pewnego rodzaju dialog z kreacjami innych wykonawców. Znaleziona przez nas własna interpretacja wynika także ze znajomości stylu tej muzyki i, często, jej historycznego kontekstu.

    Na Śląsku jest kilka orkiestr i mnóstwo zespołów kameralnych, stąd muzyka rozbrzmiewa tam chyba najczęściej.

    Z pewnością, ale trzeba jeszcze dodać znakomitą przestrzeń do wykonywania, słuchania i organizacji koncertów: budynek NOSPR, Akademia Muzyczna mają doskonałe warunki – to jest niezaprzeczalny atut tego miejsca na ziemi. Jest to ogromne skupisko osób związanych ze sztuką muzyczną. To jest ewenement na skalę kraju, pewnie nawet nie tylko.

    Wymienił Pan jedynie dwa miejsca tętniące muzyką, a przecież jest ich jeszcze kilka. Nie wspomniał Pan o swoich ulubionych zespołach – Kwartecie Śląskim i Orkiestrze AUKSO. Ze Śląskiem związany jest od lat Pan Piotr Pławner, z którym bardzo często razem występujecie.

    Także często współpracuję z Kwartetem Śląskim, szczególnie jeśli chodzi o wykonawstwo muzyki nowej. Dla mnie to wielki zaszczyt, że mogę występować z tak legendarną formacją muzyczną. Za nami sporo wspólnych prawykonań utworów, ale także koncertów z muzyką na nowo odkrytą - jak nagrany trzy lata temu Kwintet fortepianowy Szymona Laksa. W zeszłym roku ukazała się na rynku płyta z Kwintetem fortepianowym Mieczysława Wajnberga, wykonywaliśmy i nagrywaliśmy Kwintet i Kwartet fortepianowy Krzysztofa Meyera – z tymi utworami zrealizowaliśmy płytę dla firmy NAXOS. To są „kamienie milowe” w moim życiu artystycznym. Wspomniała Pani o Orkiestrze AUKSO – to są także moi przyjaciele i od wielu lat współpracuję z tym znakomitym zespołem. Wiele nauczyłem się c występując z tą orkiestrą i z maestro Markiem Mosiem, który był także moim wykładowcą na studiach i fascynował mnie swoją charyzmą. Cieszę się, że mogę występować z AUKSO również jako solista. Trzy tygodnie temu, w nowej, wspaniałej sali Mediateki w Tychach (której gospodarzem jest Orkiestra AUKSO), wykonywałem I Koncert fortepianowy Dymitra Szostakowicza. Z „korzenia” muzyka orkiestrowego, mogę „wykwitać” jako solista, co jest dla mnie podwójnym szczęściem.

    Od lat tworzycie duet z Panem Piotrem Pławnerem i wasze koncerty są gorąco przyjmowane przez publiczność, bo są wyjątkowe. Słychać i widać, że doskonale się rozumiecie i chyba nawet razem oddychacie na estradzie.

    Piotr jest absolutnie fantastyczny i mam ogromną przyjemność podczas każdego naszego występu. Chyba faktycznie tworzymy jeden organizm, jednak na temat alchemii pomiędzy nami trudno mi mówić, jeśli efekt jest słyszalny dla odbiorcy to bardzo mi miło.

    Wracając do nagrań – rozpoczął Pan od nagrań sonat Beethovena i Schuberta. Płyta z tymi utworami została bardzo wysoko oceniona. Myślałam wówczas, że muzyka klasyczna będzie przeważała w Pana repertuarze, bo jeśli za debiutancką płytę otrzymuje się dwa wyróżnienia: Maestro francuskiego magazynu „Pianiste” oraz Pizzicato Supersonic Award magazynu „Pizzicato” z Luksemburga , to musiała to być bardzo dobra płyta.

    To było spełnienie pewnego imperatywu. Z perspektywy czasu widzę, jak bardzo ryzykowne, zupełnie nieznany pianista nagrywający arcydzieła o transcendentnym przekazie, z którymi mierzyli i mierzą się najwięksi (choćby Krystian Zimerman na swej najnowszej płycie). Dziwne, że tak to wyszło. Chodzi mi o odbiór tej płyty. Chyba pierwszy raz wtedy grałem do mikrofonu, robiłem coś tak „poważnego”, równie dobrze to mogła być moja pierwsza i ostatnia przygoda z fonografią. Ciężko mi się o tym wypowiadać, może lepiej posłuchać...

    Płyta z polskimi kwintetami fortepianowymi, wydana przez CD Accord, otrzymała nominację do nagrody fonograficznej „Fryderyk”, to także duże wyróżnienie.

    Uważam, że to jest udana płyta, jeśli można tak nieskromnie powiedzieć. To był okres, kiedy pracowałem w kwintecie fortepianowym „Lasoń Ensemble” i z moimi przyjaciółmi z Akademii Muzycznej i tworzyliśmy naprawdę „zgraną paczkę”, także poza sceną, co pewnie rzutowało na nasze interpretacje. Jeszcze wracając do śląskiego środowiska kompozytorskiego, to właśnie na tej płycie, oprócz kwintetów Grażyny Bacewicz i Juliusza Zarębskiego, znalazła się „Muzyka Stalowowolska” Aleksandra Lasonia – jednego z kompozytorów „pokolenia stalowowolskiego”.

    Na spotkanie z Panem zabrałam czteropłytowy album, wydany przez firmę DUX, z nagraniami wszystkich dzieł fortepianowych Juliusza Zarębskiego. To pionierska praca będąca jednocześnie dokumentacją całego dorobku Zarębskiego w dziedzinie muzyki fortepianowej.

    Tak, na tych czterech płytach znalazły się wszystkie wydane kompozycje fortepianowe Juliusza Zarębskiego. Oprócz tego jest jeszcze kilka niewydanych – pozostających w rękopisach, które, mam nadzieję, będzie mi jeszcze dane nagrać i uzupełnić całe wydawnictwo o piątą płytę. Jest to wielkie wydarzenie w moim życiu i praca nad tym przedsięwzięciem zajęła mi dużo czasu, włożyłem w nie również dużo wysiłku, bo okazało się, że te utwory są bardzo wymagające i rozbudowane, mają zawiłą formę, i są skomponowane przez świetnego i zaawansowanego pianistę. To jest pełnokrwista pianistyka romantyczna, zbliżona z jednej strony do Chopina, z drugiej strony do Liszta, w której tkwi pierwiastek, w moim przekonaniu, muzyki francuskiej. Ta muzyka tyle lat czekała być może na wykonanie nawet, bo przecież nie wiadomo czy wszystkie utwory Zarębski prezentował na estradzie. Z pewnością niektóre kompozycje mają swoją fonograficzną premierę i to jest niesamowita historia.

    Na jednej płycie są utwory na cztery ręce i do utrwalenia ich zaprosił Pan wspaniałą, bardzo doświadczona i utytułowaną pianistkę Panią Marię Szwajgier-Kułakowską. Słuchając tych nagrań pomyślałam, że są niezwykłe i bardzo świeże.

    Świeże, to bardzo dobre określenie. Nasza współpraca z Marią była też czymś bardzo naturalnym, bo była to moja pani profesor na studiach, osoba od której bardzo wiele się nauczyłem i nie mogłem sobie odmówić przyjemności zaproszenia jej do nagrania. Na jednej płycie znalazły się wszystkie utwory na cztery ręce i chociaż brzmią nieco inaczej niż utwory na fortepian solo (miała to być użytkowa muzyka do salonu) to znajdowaliśmy w nich wiele charakteru i piękna.

    Płyta została nagrana niedaleko, bo w Europejskim Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego w Lusławicach.

    Tak, mało gdzie jest tak komfortowo, jeśli chodzi o nagrania, jak w Lusławicach. Dookoła łąki i pola, w każdej chwili można spokojnie wyjść na spacer, ale przede wszystkim można skupić się na sztuce. Budynek, akustyka, instrumenty, życzliwi ludzie, to wszystko składa się na obraz miejsca idealnego dla przedsięwzięć muzycznych.

    Woli Pan grać dla publiczności czy w pustej sali do mikrofonów?

    Bardzo trudne pytanie. Pewnie nie będę oryginalny mówiąc, że jak gram dużo koncertów, to czasem marzę, aby pograć do mikrofonów, natomiast, jeśli siedzę przy mikrofonach od rana do wieczora, to marzę, żeby zagrać godzinny recital dla publiczności. Myślę, że te dwa rodzaje aktywności wymagają zróżnicowanego podejścia ale to chyba temat na dłuższą rozmowę.

    Polecamy uwadze Państwa album „Juliusz Zarębski – Complete Works in Opus Order”, wydany przez firmę DUX, bo jest on pod każdym względem wyjątkowy. Spogląda Pan wymownie na zegar i wiem już, że musimy kończyć rozmowę, bo dokładnie za pięć minut musi Pan rozpocząć zajęcia z uczniami podkarpackich szkół muzycznych, którzy pragną zostać pianistami. Mam nadzieję, że niedługo przyjedzie Pan na Podkarpacie, aby wystąpić z koncertem.

    Mam nadzieję, że jeszcze będę miał sposobność zawitania do Rzeszowa – wykonania koncertu lub poprowadzenia warsztatów w szkole. Darzę uczuciem te strony, ponieważ część mojej rodziny pochodzi z Leżajska. Bardzo dziękuję Pani bardzo za rozmowę.

Z ad. dr Piotrem Sałajczykiem znakomitym pianistą i kameralistą związanym z Akademią Muzyczną w Katowicach rozmawiała Zofia Stopińska w Zespole Szkół Muzycznych nr 2 im. Wojciecha Kilara w Rzeszowie 30 października 2017 roku.

Piotr Pławner w roli skrzypka i dyrygenta w Filharmonii Podkarpackiej

    Zofia Stopińska: Z Panem Piotrem Pławnerem - jednym z najwybitniejszych i najbardziej kreatywnych skrzypków swojej generacji - rozmawiam w Filharmonii Podkarpackiej, gdzie trwają przygotowania do kolejnego koncertu abonamentowego. Z Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Podkarpackiej wystąpi Pan w najbliższy piątek w podwójnej roli – skrzypka i dyrygenta. Na ten koncert czekaliśmy bardzo długo, bo zaplanowany był w ubiegłym sezonie, a może nawet jeszcze wcześniej.

    Piotr Pławner: To prawda, ale nie wiem, czy powinienem się jako muzyk przyznawać do tego, dlaczego koncert się nie odbył, ale jak już Pani zaczęła, to powiem, że miałem małą kontuzję, bo złamałem nogę wykonując sport, którego właściwie muzycy nie powinni uprawiać. Chodzi o jazdę na nartach, ale usprawiedliwię się chociaż trochę względami rodzinnymi, bo moja córka jeździ na nartach i chciałem jej towarzyszyć.

    Czego się nie robi dla córki, ale warto, aby inni muzycy wiedzieli, że jednak trzeba bardzo uważać albo takiego sportu nie uprawiać.

    Ma pani rację, ale bardzo się cieszę, że z tym samym programem udało się ten koncert przełożyć i jestem w Rzeszowie w tym tygodniu.

    Utwory Johanna Sebastiana Bacha, Józefa Haydna i Ludwiga van Beethovena złożą się na program piątkowego wieczoru i to Pan je wybrał.

     VII Symfonia Beethovena to jedna z moich ulubionych symfonii, wymagająca dość dużego składu orkiestry, ale w piątek zespół nie będzie zbyt duży. Jako skrzypek lubię pracować głównie z grupą smyczków i zdarza się, że kilka razy w sezonie wykonuję również tego typu koncerty – występuję w podwójnej roli grając koncerty skrzypcowe z samymi smyczkami, a w części drugiej dyryguję symfoniami Beethovena lub Schuberta.

    W pierwszej części koncertu będzie Pan dyrygował smyczkiem.

    Tak, wykonamy dwa koncerty: bardzo znany Koncert skrzypcowy a-moll Johanna Sebastiana Bacha i Koncert skrzypcowy G-dur – Józefa Haydna. Jest to właściwie utwór zapomniany, który pamiętam z moich lat szkolnych. Jest taka hierarchia koncertów, które nazywamy szkolnymi i może też dlatego są one później rzadziej wykonywane na estradzie, ponieważ mówi się - wykonywaliśmy to w szkole, u nas się wykonuje koncerty bardziej symfoniczne, soliści lubują się w wykonywaniu koncertów Brahmsa, Czajkowskiego czy Sibeliusa. Ja również, ale przez to zapominamy o muzyce troszkę wcześniejszej. Może Bach częściej gości na estradach, ale chociażby przepiękny Koncert skrzypcowy G-dur Haydna jest rzadko wykonywany, a szkoda i dlatego staram się również przypomnieć szerszemu gronu publiczności te arcydzieła.

    Chcę tutaj zwrócić uwagę, że inaczej grał ten utwór Pan Piotr Pławner będąc uczniem szkoły muzycznej I stopnia lub w pierwszej klasie szkoły II stopnia, inaczej zagra go doświadczony artysta o ugruntowanej na świecie pozycji skrzypka – wirtuoza.

    Dojrzały artysta spojrzy na utwory, których uczył się kiedyś w szkole, przez zupełnie inny pryzmat. Tak jest w przypadku muzyki barokowej i dzieła Haydna, które jest dla mnie późnobarokowym utworem. Taką interpretację będziemy się starali dla Państwa zrealizować w piątek. Z pewnością podchodzę do tej muzyki w sposób bardziej dojrzały, kameralny i akceptują to muzycy, którzy dzisiaj mi powiedzieli, że bardzo się cieszą grając ze mną te koncerty.

    Od pewnego czasu coraz bardziej fascynuje Pana dyrygowanie. Czy w przyszłości zamieni Pan smyczek na batutę?

    Nie, zawsze powtarzam, że jestem skrzypkiem. Czasami dyryguję symfoniami, w których mam możliwość popracować więcej z zespołem smyczkowym. Nie sięgam po dzieła Brahmsa ani Czajkowskiego. Koncentruję się przede wszystkim na symfoniach Schuberta, czasami Mozarta i Beethovena. W Polsce często wykonywane są symfonie Mozarta i Beethovena, ale z dzieł symfonicznych Schuberta w programach koncertów znaleźć można czasami „Wielką”, „Niedokończoną” i może jeszcze V Symfonię. Niedawno dyrygowałem w Krakowie VI Symfonią Schuberta, która wykonywana jest bardzo rzadko. Z twórczości Franza Schuberta najczęściej wymieniane są pieśni i utwory kameralne, a w ogóle zapomnieliśmy już, że pisał utwory na skrzypce i fortepian. Nie będę się dłużej rozwodził nad twórczością Schuberta, bo przygotowujemy dla Państwa przepiękną VII Symfonię Beethovena, należącą do moich ulubionych.

    Czy nadal prowadzi Pan zespół „I Salonisti”?

    Tak, byliśmy kiedyś na Muzycznym Festiwalu w Łańcucie z programem złożonym z muzyki filmowej. Powstają różne nowe projekty. Chyba wspominałem w ostatniej rozmowie z Panią o jednym z naszych ostatnich projektów – muzyce z Terezina, kompozytorów, którzy byli w tym obozie, a później zostali w większości deportowani do Auschwitz - tam zginęli. My wykonujemy tę muzykę z obozu w Terezinie w formie przedstawienia teatralnego i jesteśmy ucharakteryzowani. Ostatnio graliśmy muzykę do filmu niemego, trwającego godzinę i piętnaście minut, gdzie jako pierwszy skrzypek musiałem wszystko koordynować z obrazem na ekranie. Mamy programy z muzyką Nino Roty czy Ennio Morricone. Dzięki pracy z zespołem „I Salonisti” mam możliwość poznać inne aspekty muzyki, inne wykonawstwo i jest to bardzo ciekawe. Chcę jednocześnie podkreślić, że gram również kameralną muzykę klasyczną w różnych zespołach – od tria fortepianowego poprzez kwintet czy trochę większy skład. Unikam grania w kwartecie smyczkowym, bo uważam, że to jest formacja, która powinna działać w stałym składzie i regularnie spotykać się na próbach. Od pewnego czasu często gram ze świetnym pianistą Piotrem Sałajczykiem i staramy się prezentować publiczności ciekawe projekty. Jednym z najnowszych jest muzyka amerykańska z utworami m.in. Philipa Glassa, Charlesa Ives’a, Johna Williamsa i George’a Gershwina. Ostatnio interesuję się także muzyką duńską, której do niedawna nie znałem. Mam w programie sonaty Nielsa Gadego - kompozytora zupełnie u nas nieznanego.

    Coraz szerzej otwieram oczy i już marzę, aby te utwory usłyszeć podczas koncertu, bo żaden inny przekaz nie zastąpi spotkania z artystami wykonującymi utwory na estradzie. Ma Pan w planach koncerty gdzieś w pobliżu?

    Ma Pani rację, koncert jest czymś bardzo ważnym zarówno dla wykonawców, jak i dla odbiorców. Obecność publiczności sprawia, że pewno odczuwamy zupełnie inną energię, której nie jesteśmy w stanie przekazać nagrywając płytę.
Po koncercie w Rzeszowie lecę do Szczecina, gdzie będę występował w trio: fortepian, skrzypce i klarnet. Trzech solistów się spotka i po trzech próbach, w niedzielę, gramy koncert z niełatwą muzyką, bo w programie jest Strawiński, Milhaud i Poulenc. W niedalekiej przyszłości będę gościł blisko Państwa, bo w Lusławicach, z II Koncertem skrzypcowym Philipa Glassa. To będzie dla mnie „odskocznia”, ponieważ jest to muzyka trochę skręcająca w kierunku klasycznego popu, niezwykle medytacyjna, bo kompozytor jest buddystą i charakterystyczne brzmienia słychać w tym utworze.

    W notce biograficznej, którą niedawno czytałam, znalazłam informację, że jest Pan związany z dwiema uczelniami muzycznymi. To prawda, czy trafiłam na starą notkę?

    Czytała Pani starą notkę, bo chociaż jestem pedagogiem, to w tej chwili nie uczę, ponieważ projektów solistycznych i kameralnych jest dużo, a w dodatku mieszkam w Szwajcarii, a uczyłem w Polsce - dlatego musiałem z czegoś zrezygnować. Od czasu do czasu zdarza mi się prowadzić kurs mistrzowski i na tym poprzestaję.

     Sporo Pan nagrywa utworów polskich kompozytorów.

     Owszem, ostatnia moja płyta wydana dla wytwórni Naxos, to I Koncert skrzypcowy Grażyny Bacewicz, Pięć utworów z orkiestrą Tansmana, Spisak i Panufnik, który jest może najbardziej w tym gronie popularny, ale staram się przedstawiać mniej znanych kompozytorów. Zawsze też uzgadniam z reżyserem dźwięku, że nagrywamy jak najwięcej wersji całościowych, bardzo rzadko nagrywam małe fragmenty, bo uważam, że w ten sposób gubi się energie danego utworu. Kiedyś mój idol Jasha Heifetz wchodził do studia i nagrywał trzy wersje Koncertu Czajkowskiego - na tym kończyła się sesja, wybierało się najlepszą wersję i są to do dzisiaj nagrania uważane za najwspanialsze.

    Od lat stara się Pan także zamieszczać dzieła polskich kompozytorów koncertując w różnych miejscach na świecie.

    To jest bardzo ważna część mojej działalności od wielu lat. Jeżeli gram recital poza granicami Polski, to zawsze jedna połowa jest poświęcona najczęściej muzyce polskiej. Chcę się pochwalić, że niedawno zostałem odznaczony medalem Gloria ARTIS za promowanie muzyki polskiej.

    Zapraszamy w najbliższy piątek na koncert do Filharmonii Podkarpackiej, a później do Lusławic.

    W Lusławicach wystąpię dokładnie 26 listopada, czyli w przyszłą niedzielę. Zapraszam serdecznie.

Z Panem Piotrem Pławnerem, jednym z najwybitniejszych skrzypków swojej generacji, rozmawiała Zofia Stopińska 14 listopada 2017 roku w Filharmonii Podkarpackiej w Rzeszowie.

Subskrybuj to źródło RSS