Rafał Siwek: "Śpiew jest moją miłością i pasją"

          Jubileuszowy, bo 30. Festiwal im. Adama Didura przeszedł już do historii, ale ciągle jesteśmy pod wrażeniem znakomitych koncertów i spektakli w wykonaniu świetnych artystów. Wydarzeniem, którego nigdy nie zapomnę, był recital Rafała Siwka, który swoim cudownym, ciepłym basem zachwycił publiczność już od pierwszych taktów rozpoczynającej wieczór arii Gremina z III aktu opery Eugeniusz Oniegin Piotra Czajkowskiego. Artysta wystąpił w Sanockim Domu Kultury 25 września z towarzyszeniem Anny Marchwińskiej, znakomitej pianistki specjalizującej się w muzyce kameralnej, wokalnej i instrumentalnej.
Miałam ogromne szczęście, że pan Rafał Siwek zgodził się na rozmowę następnego dnia. Resztę dowiedzą się Państwo czytając zapisany wywiad.

          Czujemy się wyróżnieni, że zgodził się Pan przyjechać do Sanoka prosto z Moskwy.
           - To prawda, gdyż dwa dni wcześniej (23 września) śpiewałem Borysa Godunowa w Teatrze Bolszoj, 24 września przyleciałem do Warszawy już po godzinie 15 i trudno mi było wsiąść do samochodu i przyjechać późnym wieczorem do Sanoka. Zdecydowałem się w dniu koncertu przylecieć samolotem do Rzeszowa i później samochodem do Sanoka.
Z ogromną przyjemnością wystąpiłem w miejscu, gdzie urodził się Adam Didur, największy polski bas.

           Pamięć o Adamie Didurze jest tutaj pielęgnowana dzięki festiwalowi Jego imienia, który konsekwentnie organizuje dyrektor Waldemar Szybiak. Ponieważ Adam Didur na scenie MET występował 729 razy oraz miał 182 występy z zespołem MET w innych teatrach Ameryki, to Jego nazwisko można znaleźć wśród największych gwiazd Metropolitan Opera, ale czy o Adamie Didurze pamiętają w innych miejscach na świecie?
           - Rozmawiam często na ten temat i staram się tę pamięć kultywować, wspominając jego nazwisko. Poza znawcami opery, którzy od wielu lat interesują się operą, to młodzi śpiewacy czy młodzi melomani nie znają tego nazwiska. Jak słyszą, że Adam Didur był basem, który za czasów wielkiego Fiodora Szalapina zaśpiewał 40 razy w Metropolitan Opera Borysa Godunowa, to właściwie nie wierzą. Od początku swojej kariery Adam Didur śpiewał wielkie role. Jadąc na festiwal do Sanoka, przejrzałem otwarte archiwa MET i La Scali. Można tam sprawdzić każdy spektakl, każdą obsadę. Didur swoje pierwsze spektakle w MET miał z Marceliną Sembrich-Kochańską i z „królem tenorów” pierwszych dwóch dekad XX wieku, którym był Enrico Caruso. Śpiewał m.in. Mefistofelesa w operze Faust czy w Aidzie Verdiego, a śpiewał tam partię Ramfisa w niezwykłym towarzystwie: partię tytułową śpiewała Emmy Destinn, w roli Amneris wystąpiła Louise Homer, Radamesem był Enrico Caruso.

           Po raz pierwszy jest Pan w Sanoku i na Podkarpaciu?
           - Byłem kiedyś turystycznie w Bieszczadach, ale wystąpiłem tu po raz pierwszy.

 

Anna MarchwińskaRafał Siwekjuliusz Multarzyński

          

             Często jest Pan zapraszany do ośrodków kultury w niewielkich miastach?
             - Zacznijmy od tego, że rzadko śpiewam w Polsce. Dzieje się tak dlatego, że w Polsce bardzo późno planuje się występy artystyczne i dotyczy to nawet Opery Narodowej.
W momencie, kiedy otrzymuję zaproszenie, aby w Polsce wystąpić, to przeważnie jestem zajęty, bo mam kalendarz wypełniony na kilka lat do przodu i trudno mi jest się dopasować do terminu dodatkowego występu. Wielki ukłon w kierunku pana dyrektora Waldemara Szybiaka, z którym rozmawiamy już od kilku lat, bo to jest już trzecie podejście. W ubiegłym roku nie mogłem wystąpić z powodu covidu, natomiast dwa lata temu nie mogłem przyjechać do Sanoka, bo w Madrycie miałem próby do Don Carlosa.
            Pan dyrektor Szybiak jest jedną z niewielu osób w kraju, które bardzo poważnie podchodzą do planowania, stara się być elastyczny i jeżeli mu zależy, to robi wszystko z takim wyprzedzeniem, żeby do tego wydarzenia doszło. Dzięki temu nam się udało.

            Szczególnie ostatnio tych zawirowań jest bardzo dużo i czasami plany zmieniają się z tygodnia na tydzień.
             - Wiele rzeczy jest organizowanych na „wariackich papierach”. Na przykład udało nam się w marcu zrobić w Teatrze Wielkim w Łodzi Don Carlosa w bardzo ciekawej obsadzie, bo była Ola Kurzak w roli Elżbiety, Roberto Alagna w roli Don Carlosa, Andrzej Dobber śpiewał partie Posy, a ja Filipa II. Gdyby życie artystyczne toczyło się wszędzie normalnie, to wszyscy w tym terminie bylibyśmy zajęci. Ponieważ był covid, a u nas otworzyło się okienko, to dyrektor Dariusz Stachura zadzwonił do nas i udało się dogodny dla wszystkich termin znaleźć.
Skończyliśmy spektakl 7 minut przed kolejnym lockdownem. Na drugi dzień miała śpiewać druga obsada, ale spektakl nie mógł się odbyć.

            Bardzo się ucieszyłam z programu wczorajszego wieczoru w Sanoku, ponieważ nie pamiętam, kiedy słuchałam na żywo recitalu złożonego z arii i pieśni kompozytorów rosyjskich. Zgodnie z programem oficjalnie recital zakończył Monolog Borysa z II aktu opery Borys Godunow, ale po długich brawach i owacjach na stojąco postanowił Pan pożegnać się z publicznością jeszcze jednym utworem Modesta Musorgskiego – zabawną Balladą o pchle, w której pokazał Pan także swój talent aktorski.
            - Zastanawiałem się nad tym programem. Najłatwiejsze dla mnie byłoby zaśpiewanie arii. Z Anią Marchwińską nagrywaliśmy w czerwcu dla Programu II Miejscówkę z dwójką i od razu ponad pół programu mieliśmy zrobione, a drugie pół przy okazji innych występów, więc wyjście i zaśpiewanie tych arii to była rzecz najprostsza.
Ponieważ jednak uważam się za specjalistę od wokalnej muzyki rosyjskiej i chciałem ją choć trochę przybliżyć słuchaczom, tym bardziej, że jest to Festiwal im. Adama Didura, który śpiewał basem, i stąd też basowy repertuar romansów.

            Uważam, że pieśń jest często trudniejsza do zaśpiewania niż aria i do tego im krótsza, tym trudniejsza.
            - Tak, im krótsza forma, tym trudniej w niej zawrzeć wszystko.

            Ja także często spotykam się z opinią, że jest Pan specjalistą od muzyki rosyjskiej, ale przecież w różnych miejscach na świecie publiczność oklaskuje Pana za wykonania dzieł operowych Giuseppe Verdiego, Ryszarda Wagnera, ma Pan bardzo bogaty repertuar oratoryjny, a w Polsce występował Pan także w operach Stanisława Moniuszki.
            - Zacznę od stwierdzenia, że jeśli chodzi o dzieła Wagnera, to robię czasem takie wycieczki. Wielokrotnie odmawiałem śpiewania dzieł Wagnera w różnych miejscach i nie uważam się absolutnie za specjalistę, choćby z racji tego, że nie mówię wystarczająco dobrze po niemiecku, tak jak po włosku. Z racji gatunku mojego głosu wykonuję muzykę Wagnera i śpiewałem kilka partii. Na przykład w Operze Paryskiej wystąpiłem w roli Króla Henryka w Lohengrinie w pięknej produkcji Clausa Gutha, śpiewałem Fafnera w Zygfrydzie, pod dyrekcją Kenta Nagano w Bayerische Staatsoper w Monachium, śpiewałem Daland w Holendrze Tulaczu w Tokio, jako Hunding w Walkirii występowałem w Nicei i w warszawskim Teatrze Wielkim razem z Domingiem, Króla Marka w Tristanie i Izoldzie śpiewałem w Operze Rzymskiej. Pod koniec grudnia pojadę do Teatro Petruzzeli w Bari we Włoszech, gdzie w styczniu będę śpiewał także Króla Marka.
            W mojej działalności artystycznej Wagner jakoś mi towarzyszy, natomiast Verdi jest moją pierwszą miłością i takim „moim konikiem”, jak mówią Włosi: cavallo di battaglia. Partiami basowymi w operach Giuseppe Verdiego debiutowałem głównie we Włoszech i te role przez cały czas mam w repertuarze. Są to głównie: Wielki Inkwizytor i Filip w Don Carlosie, Zachariasz w Nabucco , Ramfis w Aidzie, Fiesco w Simon Boccanegra. Niedawno wróciłem z Festiwalu Operowego Arena di Verona, gdzie śpiewałem partie Zachariasza w Nabucco i Ramfisa w Aidzie.
            W tym sezonie z Placido Domingo w Teatro Massimo w Palermo będziemy śpiewać w Simon Boccanegra i ja mam piękną basową rolę Fiesca, a później jedziemy też z tym dziełem w czerwcu na tournée do Japonii.
Następnie znowu wracam do ról: Ramfisa w Aidzie w reżyserii Franco Zeffirelli’ego i Zachariasza w operze Nabucco z Arnaud Bernard, którą mieliśmy przyjemność nagrać cztery lata temu na DVD.
We Włoszech jestem postrzegany jako wykonawca basowych ról w operach Giuseppe Verdiego.

            Można znaleźć sporo nagrań z Pana udziałem i często Pan występuje w dużych formach oratoryjno-kantatowych. Lubi Pan również śpiewać w takich dziełach.
            - Tak, śpiewałem dość dużo, bo w sumie ponad dwadzieścia różnych dzieł oratoryjnych, ale najczęściej występowałem w Requiem Giuseppe Verdiego. Utrwaliłem dwa wykonania tego dzieła. Jedno, bardzo dla mnie ważne, bo to był mój pierwszy występ pod batutą Zubina Mehty, a nagranie zostało dokonane w Accademia di Santa Cecilia w Rzymie. To był piękny wielki koncert poświęcony ofiarom tsunami, który był transmitowany na cały świat i jednocześnie był nagrany i wydany na DVD.
            Drugie nagranie zostało utrwalone w Bazylice św. Marka w Wenecji pod batutą wielkiego Lorina Maazela. Pod tą samą batutą nagrałem także IX Symfonię Ludwiga van Beethovena.
Miałem przyjemność wykonać Stabat Mater Gioacchina Rossiniego jeszcze pod batutą Alberto Zeddy, uważanego za niezrównanego specjalistę od Rossiniego.
            Z Lorinem Maazelem zaśpiewałem co najmniej dziesięć razy Requiem w różnych ciekawych miejscach na świecie, jak kościół luterański w Jerozolimie, na dziedzińcu pałacu w Casablance w Maroku, wykonaliśmy całą serię koncertów z IX Symfonią Beethovena z okazji 50-rocznicy podpisania Traktatów rzymskich, a odbyły się one m.in. w Rzymie, Watykanie, Mediolanie i Brukseli.
Było tych koncertów bardzo dużo.

            Z takich prestiżowych scen na świecie pozostała Panu do zdobycia tylko Metropolitan Opera.
            - Nie tylko MET, bo również jeszcze Covent Garden. W zeszłym sezonie miałem śpiewać w Covent Garden, ale nie mogłem. Jak przychodzą ciekawe propozycje pracy, to często się zdarza, że terminy się pokrywają i trudno jest wybierać. Z marca na czerwiec został przełożony Don Carlos w Teatrze Bolszoj, którego nie mogłem zaśpiewać, bo miałem już podpisany bardzo dobry kontrakt na 14 spektakli Rigoletta w Paryżu i w tym samym czasie otrzymałem propozycje zaśpiewania 7 spektakli Don Carlosa w Covent Garden. Z tego powodu debiut w Covent Garden jeszcze przede mną.

            Mówił Pan o wspaniałych dyrygentach. z którymi miał Pan szczęście wystąpić, ale również obok Pana stawali znakomici sławni artyści. Wszyscy muszą ze sobą współpracować, bo to jest niezbędne, ale dobrze jest, jak się wszyscy polubią. Czy jest możliwa przyjaźń pomiędzy artystami, którzy często rywalizują ze sobą?
            - Jest takie powiedzenie, że nie ma przyjaźni pomiędzy dwoma osobami tego samego zawodu. My się oczywiście dobrze znamy. Ten krąg śpiewaków, którzy śpiewają w tych 20 – 25 najlepszych teatrach, jest dość niewielki. Spotykamy się przy różnych produkcjach. Na przykład teraz podczas pobytu w Teatrze Bolszoj było jednocześnie kilka produkcji i spotkałem wielu kolegów, których nie widziałem od dwóch, trzech, pięciu, a nawet siedmiu lat. To są zawsze miłe spotkania i przeważnie te relacje są bardzo serdeczne. Zupełnie inaczej jest z takimi głębszymi relacjami. Ja mam to szczęście, że mam dwóch prawdziwych przyjaciół, którzy są śpiewakami – Jacek Laszczkowski (tenor) i Artur Ruciński (baryton), który wczoraj 5 minut przed wyjściem na recital do mnie dzwonił, bo miał przerwę podczas próby w Japonii.

            Z Sanoka wyjeżdża Pan na kolejny koncert w Polsce.
            - Tak, to też udało się tylko dzięki temu, że przesunąłem próbę. Jadę jutro do Teatru Wielkiego w Łodzi na jubileusz mojego przyjaciela Zbyszka Maciasa, znakomitego barytona. Zbyszek zapraszał mnie już dawno i wiem, że bardzo mu zależało, abym zaśpiewał i zrobiłem wszystko, aby na tym koncercie być. Także jutro zaczynają się moje próby w Amsterdamie i uzgodniłem, że nie będę jutro na próbach muzycznych w Amsterdamie. Pojutrze o 7.40 lecę samolotem do Amsterdamu i zaraz po przylocie rozpoczynam próby.

            Można powiedzieć, że żyje Pan na walizkach. Czy Pan sobie zdawał z tego sprawę, że tak będzie ono wyglądało, jak Pan się decydował na zawód śpiewaka operowego?
            - Dobre pytanie. Do końca nie, bo miałem świadomość, że będę podróżował i koncertował w różnych miejscach, natomiast człowiek nie ogarnia całości tego – ma świadomość wyjazdów, ale nie do końca myśli, z czym to się wiąże. Zawsze to podkreślam, że jestem specyficznym śpiewakiem.
            W 2019 roku miałem 110 przelotów samolotem. Jeżeli mam tylko 2 dni wolnego pomiędzy spektaklami, to jestem w domu. Przykładowo – śpiewam spektakl w niedzielę wieczorem, kończę go o północy, o drugiej idę spać, w poniedziałek o piątej wstaję, wsiadam w samolot i o dziewiątej jestem w domu na śniadaniu. We wtorek wieczorem jadę na lotnisko i lecę do Paryża. W środę budzę się w Paryżu, śpiewam spektakl, w czwartek rano wsiadam w samolot do Warszawy i jestem na śniadaniu w domu, w piątek wieczorem wsiadam w samolot do Paryża, śpię z piątku na sobotę i w sobotę śpiewam spektakl. Tak czasami nawet przez miesiąc udaje mi się często być w domu.

            Można powiedzieć, że w ten sposób wspomaga Pan w znaczny sposób LOT (śmiech). Może Pan się spełniać zawodowo i jednocześnie cieszyć się pobytami w domu chyba tylko dzięki żonie, która opiekuje się dziećmi i zajmuje się wszystkim. Do takiego domu chce się wracać.
            - Oczywiście, to wszystko zasługa mojej żony. Mam pełną świadomość, że tak jest dzięki żonie. Wcześniej, jak dzieci jeszcze nie chodziły do szkoły, to lataliśmy wszyscy. W latach 2005-2008 miałem taki „okres włoski”, śpiewałem wtedy bardzo dużo we Włoszech i osiem miesięcy w roku spędzałem we Włoszech. Wtedy wszyscy byliśmy razem i na przykład przez miesiąc mieszkaliśmy w Bolonii, na tydzień przylatywaliśmy do domu, kolejne pięć tygodni byliśmy w Trieście, potem znów wracaliśmy na dziesięć dni do Warszawy i jechaliśmy na półtora miesiąca do Rzymu.

            Cudownie, bo wszyscy byliście razem.
            - Teraz udało się nam tak tylko w czasie wakacji. Rodzina była ze mną w Veronie, gdzie po raz pierwszy wystąpiłem 2005 roku. Później była dłuższa przerwa i od 2014 roku zawsze jestem na Festiwalu w Veronie. Od kilku lat śpiewam tam już bardzo dużo, bo po 10 – 11 spektakli. Od trzech lat śpiewałem partie Zachariasza i w przyszłym roku zostałem również zaproszony o zaśpiewanie Zachariasza w Nabucco. Mamy już swoje stałe miejsce nad jeziorem Garda, to jest 40 kilometrów od Verony. Dzieci mają możliwość kąpać się i korzystać z innych przyjemności związanych z wodą. Korzystamy z dobrej włoskiej kuchni, a ja dojeżdżam do pracy i można powiedzieć, że 1/3 czasu tego pobytu też jestem turystycznie.

Rafał Siwek 1juliusz Multarzyński

 

            Wiem, że studiował Pan w Głównej Szkole Handlowej. Ciekawa jestem, kto i kiedy uświadomił Panu, że ma Pan wyjątkowy głos i należy się w tym kierunku rozwijać?
            - Już jako 12-latek śpiewałem w chórach, można powiedzieć, że byłem czołowym chórzystą. Natomiast kiedy miałem niecałe 17 lat, pod koniec drugiej klasy liceum, poszedłem na egzaminy do szkoły muzycznej II stopnia i pomimo, że było już po terminie składania podań, ówczesny kierownik sekcji wokalnej prof. Zdzisław Skwara przesłuchał mnie i powiedział, że koniecznie muszę przystąpić do egzaminu wstępnego. Od trzeciej klasy szkoły średniej zacząłem równolegle uczyć się w szkole muzycznej. Jak rozpoczynałem studia w Głównej Szkole Handlowej, to miałem już zaliczone dwa lata śpiewu w średniej szkole muzycznej i już wiedziałem, że to mnie interesuje. Pod koniec drugiego roku studiów na SGH zdałem do Akademii Muzycznej i studiowałem równolegle przez trzy lata, a później zostały mi do ukończenie studia w Akademii Muzycznej.

            Wspominał Pan, że dzieci w tej chwili się uczą, czy idą w Państwa ślady? Dodajmy, że Pana żona też jest śpiewaczką, ale ze względu na Pana ciągłe podróże zajmuje się domem.
- Inacz ej się nie dało zorganizować. Dziewczynki uczyły się w szkole muzycznej, ale później zrezygnowały, natomiast syn gra na gitarze.

           Na gitarze? Myślałam, że także uczy się śpiewu.
            - Na początku grał na gitarze, później przestał, a od dwóch lat z wielką miłością wrócił do gitary. Natomiast cała trójka śpiewa i wszyscy są laureatami różnych konkursów piosenki. Syn jako sopranista śpiewał rolę pierwszego chłopca w spektaklach Czarodziejskiego fletu w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej oraz w Operze Kameralnej w Warszawie. Teraz jest już prawie 18-letnim basem i ma zamiar też zdawać na studia w Akademii Muzycznej. W tej chwili ma głos tak niski jak mój i niewątpliwie może tak jak ja śpiewać basem.

            Śpiew to jest z pewnością Pana pasja, chociaż także sposób na życie.
             - Jest takie powiedzenie: „Jeśli się kocha to, co się robi, to człowiek nigdy nie pracuje”. Oczywiście, śpiew jest moją miłością i pasją, ale ja zawsze tak staram się podchodzić do tego zawodu, żeby brać jakieś propozycje nie tylko ze względu na stronę finansową.
            Zawsze staram się, żeby ta strona finansowa była konsekwencją tego co robię, a nie celem. Do tej pory mi się udaje. Mam to szczęście, że moja droga do tej pory była bardzo lekka.
Zaliczyłem w życiu zaledwie kilka przesłuchań. Pierwsze angaże dostałem po konkursach Hans Gabor Belvedere Competition w Wiedniu (2001) oraz Competizione dell'Opera w Dreźnie (2002).
            Pamiętam, jak po drugim etapie w Wiedniu ustawiła się do mnie kolejka agentów, którzy po wysłuchaniu w moim wykonaniu arii Gremina z Eugeniusza Oniegina chcieli ze mną pracować. Otrzymałem różne propozycje i mogłem wybierać. Z niektórych skorzystałem, a z niektórych nie.
            Zupełnie przypadkowo trafiłem do tego samego agenta, który był wtedy również agentem: Placida Domingo, Jose Carrerasa, Ruggero Raimondi’ego, Dmitri Hvorostovsky’ego . Miałem to szczęście, że on sam do mnie zadzwonił i zapytał, czy chcę za dwa tygodnie zaśpiewać Requiem Verdiego z Zubinem Mehtą.

            Takie kontakty otwierają wiele drzwi i są ważniejsze od nagród finansowych.
            - Tak, bo nagrody finansowe są jednorazowe, natomiast wystarczy dostać jeden dobry kontrakt i ma się więcej pieniędzy niż z pięciu pierwszych nagród na konkursach. To jest najważniejsze. Znam wielu zwycięzców kilkunastu międzynarodowych konkursów, którzy nie zrobili kariery, albo dobrze zaczynali, a później im to nie wychodziło, a są śpiewacy, którzy konkursów nie wygrali, byli tylko w finale, a robią olbrzymie kariery.

            Na Pana długiej liście partii operowych ciągle coś przybywa. Jak Pan pracuje nad nowym repertuarem?
            - Mam w domu pracownię i mam możliwość ćwiczenia i przygotowywanie nowych partii oraz odświeżania tych, których dawno nie śpiewałem, kiedy jest taka potrzeba. Na szczęście nasz dom jest duży i mogłem wyciszyć jedno ponad 40-metrowe pomieszczenie z pianinem, w którym mogę spokojnie oddawać się pracy, nie przeszkadzając nikomu.
            Tych ról przybywa coraz mniej, bo na przykład w przyszłym sezonie będę sobie tylko przypominał niektóre role. Na przykład rolę Króla Marka w Tristanie i Izoldzie Wagnera śpiewałem 13 albo 14 lat temu i po takim czasie będzie to dla mnie jak nowa rola, Fiesca w Simonie śpiewałem ostatni raz w Concertgebouw w Amsterdamie 3 albo 4 lata temu i też trzeba ją będzie odświeżyć. Będę też nagrywał XIV Symfonię Dymitra Szostakowicza i trzeba będzie sporo pracy włożyć, aby się do tego nagrania przygotować.
Zaplanowany mam także w przyszłości debiut w tytułowej roli w Aleko Siergieja Rachmaninowa, to będzie nowa rola. Zawsze jest coś do roboty.

            Zapraszał Pana Krzysztof Penderecki do wykonania swoich dzieł i pewnie sporo pracy zajęło Panu ich przygotowanie.
             - Dwukrotnie otrzymałem zaproszenie do śpiewania dzieł Krzysztofa Pendereckiego. Pierwsze to było Credo, które uważam za najpiękniejszy utwór Krzysztofa Pendereckiego. Utwór głęboki, muzyka świetnie współgra z tekstem – wielkie dzieło. Śpiewaliśmy to dzieło w Rydze pod batutą kompozytora.
            Maestro Penderecki zaprosił mnie do wykonania Polskiego Requiem. Pamiętam, że w przeddzień koncertu zaśpiewaliśmy próbę, wszystko poszło pięknie, Maestro był bardzo zadowolony.
Pamiętam też, że w dniu koncertu obudziłem się i okazało się, że nie mogę nawet mówić, a co dopiero śpiewać. To było podczas festiwalu Wratislavia Cantans, zaplanowana była transmisja European Broadcasting Union. Jeszcze próbowałem się ratować, ale głos mi się rwał we wszystkich rejestrach. Na szczęście był w hotelu kolega, który mógł mnie zastąpić.
            Występowaliśmy jeszcze później razem z żoną w Królu Ubu w Teatrze Wielkim. To także bardzo dobra opera. Miałem propozycję śpiewania w tym sezonie w operze Monachijskiej partii ojca Barré w operze Diabły z Loudun, ale nie zdecydowałem się jednak, bo nie jest to rola znacząca. W dodatku nie jest to partia dobra dla mojego głosu. Jeśli uznaję, że jakiś utwór nie jest dobry dla mojego głosu, to nie decyduję się na wykonywanie go.

            Trzeba szanować głos, aby jeszcze długo dobrze brzmiał. Mamy nadzieję, że może niedługo wystąpi Pan gdzieś niedaleko.
            - Była szansa, że w Krakowie zaśpiewam Borysa Godunowa w marcu w reżyserii Andrzeja Seweryna, z którym już nawet rozmawiałem. Wczoraj rozmawiałem na ten temat z dyrektorem Bogusławem Nowakiem, który mówił mi, że pan Andrzej Seweryn z powodów osobistych przesunął tę premierę i w marcu do niej nie dojdzie. Trochę żal, bo byłem entuzjastycznie nastawiony na pracę z Andrzejem Sewerynem, który jest wielkim artystą.

            Mam nadzieję, że miło będzie pan wspominał ten krótki pobyt w Sanoku.
            - Mam zamiar jeszcze pójść do Galerii Zdzisława Beksińskiego, a później już trzeba będzie wracać do domu. Kiedyś z przyjemnością do Sanoka wrócę.

                                                                                                                                                                                                                                                        Zofia Stopińska